Strony

Tanie Zgrupowanie dzień siódmy

Po krótkiej przerwie powracamy do programu. Dzisiaj najmniej przyjemny dzień całego zgrupowania.


Plan na wyjazd był taki: jeden tydzień tu drugi tam. Tak żeby było mniej nudnawo i zabawniej. I właśnie dzisiaj przyszedł czas na przeprowadzkę.
Bladym świtem Paweł z Baltazarem wyjechali już do domu bo mogli zostać z nami tylko tydzień, a my zrobiliśmy symboliczny trening rano (tylko jezior pojechał na 5h napierania z tamagoczi) i wynieśliśmy się z kwatery. Magicznym sposobem nasze rzeczy zajmowały nagle 2 razy więcej miejsca więc wpakowaliśmy tylko połowę do samochodu i razem z Wojtkiem pojechaliśmy do Limone zameldować się w nowym domku.
Nie da się ukryć, że byliśmy podjarani wizją nowej kwatery, która na zdjęciach prezentowała się fantastycznie. Ale jak tylko skręciliśmy w bramę wjazdową podjarka zaczęła zamieniać się najpierw w zawód a potem w ostre wkurzenie. Najpierw przywitała nas niesamowita sztajfa, której perspektywa podjeżdżania codziennie po treningu nie była specjalnie rozweselającą. Jak już wdrapaliśmy się ciasnymi patelniami na których ledwo łamało się nasze audi trafiliśmy pod recepcję gdzie napotkaliśmy chmary niemieckiej geriatrii. Recepcjonista przywitał nas "guten tag" i jak tylko się dogadaliśmy zaprowadził nas do naszego wypasionego domku. Domku na który tak się napalaliśmy z powodu takich pięknych zdjęć na stronie polskiego pośrednika casamundo:


Apartament był położony najwyżej jak tylko się dało, także sam dojazd do niego był już dobrym treningiem. Znajdował się w starym, zapuszczonym budynku. Nie tym co na zdjęciu. Takim jakby baraku. W środku miejsca było tyle co w jednym pokoju z pierwszego tygodnia i jak tylko wrzucilibyśmy bagaże i rowery, dla których nie było innego miejsca, nie bylibyśmy w stanie w ogóle się poruszać. Wyposażenie było chyba starsze nawet od nas. Nie będę opisywał dalej jaka malaria tam była, ważne jest to, że mieszkać tam, nawet ze szczerymi chęciami, się nie dało.
Zgłosiliśmy reklamację od razu, powiedzieliśmy o co chodzi i jedyne co nam po dłuższym czasie zaproponowano to inny apartament ale dopiero następnego dnia. Nie było o tym mowy, mieliśmy spać w samochodzie? Ciężki temat do ogarnięcia, tym bardziej, że umierały nam baterie od telefonów a w głowie zrobił się poważny mętlik. Ale w końcu go ujarzmiliśmy i postanowiliśmy wrócić do Rivy żeby zapytać właściciela kwatery z pierwszego tygodnia czy nie znalazłby dla nas kąta na drugi tydzień.


I teraz jest czas na podziękowania dla Cristiano, bo tak właściciel ma na imię, za to jak nam pomógł. Bo w sytuacji byliśmy trudnej. Na tydzień przed świętami zarezerwowane było prawie wszystko, ale znalazł dla nas apartament i nawet obniżył cenę.
Wyszliśmy na tym świetnie. Ze wszystkich kwater które dotąd odwiedziłem jeżdżąc nad Gardę to właśnie ta jest najlepsza. O niebo. Mieszkania są przestronne, ładne i świetnie wyposażone. Każda sypialnia jest oddzielona więc jest miejsce na prywatność (to spory atut dla koksiarzy) Wszędzie panuje aż pedantyczna czystość. Jest otwarty basen, rowerownia z niezbędnymi narzędziami i karcherem. Wypas. I sam właściciel to nadzwyczaj miły człowiek, zawsze znajdował dla nas czas i fantastycznie nawijał niby po angielsku ale wtrącając czasem coś po włosku, taki idealny Włoch.
My tego dnia z nerwów skróciliśmy sobie życie o dobre kilka dni ale nauka na przyszłość jest prosta i przydatna. Po pierwsze, nie korzystajcie ze strony pośrednika casamundo. Za duże ryzyko, a jeśli dacie się naciągnąć to nie ma co liczyć na zwrot pieniędzy.
Więc jeśli już kiedyś wybierzecie się nad Gardę, to nie musicie już tracić czasu na szukanie kwater. Zaufajcie opinii szymonbajka i jedźcie prosto do Residence Segattini. Tam po prostu jest najlepiej i kropka. Mina jeziora mówi wszystko.