Strony

Oakley Radar vs. RadarLock

Każdy PRO zawodnik dobrze zdaje sobie sprawę jakie okulary najbardziej pasują do miana PRO. Wiadomo o czym mowa. Oakley. I najpopularniejszy model Radar. Który jest super, tylko ma już 5 lat. A tak to już działa, że raz na jakiś czas firmy muszą wypuszczać nowe modele. Więc Oakley wypuścił RadarLock'i. Niby to samo ale nie do końca. Mam tego farta, że mogłem spróbować obu modeli więc zrobiłem porównanie, zapraszam.


Sceptycy powiedzą, że robienie nowych modeli to sprytny trik na wyciąganie pieniędzy z kieszeni naiwniaczków ślepo podążających za modą. Niech sobie mówią. Ja tam widzę kilka różnic i to nie tylko w jakimś drobnym liftingu. Okej, więc jakie są różnice?



Całe wielkie halo wokół RadarLocków opiera się na systemie SwitchLock który ma ułatwiać wymienianie szkieł. System działa elegancko. Jest trochę pokrętny i trzeba się przyzwyczaić do mało poręcznego guziczka ale tak czy siak to przydatne. Po prostu wystarczy złożyć oprawkę, nacisnąć guzik i nosek, wyjąć szybkę, włożyć nową i rozłożyć oprawkę. I już. W Radarach żeby zmienić soczewki trzeba użyć więcej brutalnej siły i jeśli ktoś jest strachliwy i obawia się, że uszkodzi szkła, może mieć problem. To, że w nowym modelu wymiana trwa sto razy szybciej to właściwie nie ma znaczenia bo komu się spieszy z wymianą?



Odrobinę inny jest też nosek. W Lockach jest bardziej miękki przez co łatwiej go dogiąć przy wymianie soczewki i do tego jeszcze mnie wystaje z przodu i przez to po prostu wygląda lepiej. Nie wiem czemu ale wszystkie noski w RadarLockach są czarne. To mnie odstraszało od wymiany ale znalazłem kompromis, z czarnymi szkłami zupełnie go nie widać i całe oksy przypominają trochę kultowe M-Frame'y. PRO.



Szkła. O tym jak świetne są szkła Oakley'a już nie raz pisałem i nie będę się powtarzał. To pozostaje na tym samym najwyższym poziomie. Jest mała różnica w kształcie. Ze względu na system Switchlock zmienił się lekko kształt ząbków ukrytych w oprawce. Tak więc niestety nie są kompatybilne szkła z Radarów i RadarLocków. Na siłę da się jeszcze zamontować stare szkła ale to prowizorka. Nowych szkieł do Radarów nie da rady założyć. Aha, i wydaje mi się, że nowe szkła są odrobinę wyższe. Jak na mój gust to plus, nie popsuli wyglądu robić coś a'la Radar XL a kiedy masz je na nosie nie widzisz oprawki.


Coś jeszcze? RadarLocki są odrobinę lżejsze. Siedzą bliżej twarzy, to niekoniecznie jest plus. To lepiej wygląda. Bardziej aero. Ale przez to też łatwiej o zaparowanie. Wydaje mi się też, że Locki mają trochę dłuższe zauszniki które mogą zahaczać o stelaż kasku. To jest jedyne w czym Oakley ustępuje pola Rudy Projectowi którego zauszniki można sobie powyginać. Jeszcze coś. W komplecie z RadarLockami dostajemy sznureczek do zaczepienia na końcach zauszników. To dobra opcja dla tych który chcą mieć najlepsze okulary na rynku ale jednocześnie nie chcą pozbyć się miana trzepaka.


Pewnie też zauważyliście główną różnicę, czyli cenę. RadarLocki są cholernie drogie. Tylko warto zwrócić uwagę na jeden niuans. Kupujesz je w komplecie z dwoma parami szkieł. Teraz zobacz sobie ile kosztują normalnie Radary plus dodatkowe szkła. W sumie różnica jest niewielka.
Suma Sumarum oba modele to cały czas top jeśli chodzi o Stylówę. I nikt nie będzie Cię wytykał palcem, że masz stary model bo Radary nadal mają się dobrze. Tylko jeden szczegół, RadarLocki nadal mało kto ma. A to jest mega bonus do Stylówy.
Tiszert KOKS SSIE wylądował na sklepie!
Jakby ktoś się nie przejmował dziwnym tłumaczeniem tylko skumał, że tu chodzi o proste hasło trafiające prosto w głowę, to bardzo proszę, można brać.

Stylówa - nogawka a skarpetka


Jest koniec listopada, ale jest bardzo przyjemnie. Temperatura elegancka, szosa sucha i czasem wyjdzie nawet słońce. Więc cały czas jeździsz. I jak przystało na fana szymonbajka ubierasz się z rozmysłem. Nie jest za zimno więc zakładasz nogawki, czasem obejdzie się nawet bez owiewy. I w tym momencie pojawia się dylemat, czy mam założyć skarpetkę na nogawkę niczym najwięksi mocarze z belgijskich przełajów czy może jednak na odwrót? Nie wiesz, bo nikt o tym jeszcze nic nie pisał. Nawet hardkorowcy z OREC. Dlatego tu i teraz, na szymonbike.pl pierwszy raz na świecie post o tym jakże istotnym elemencie Stylówy.


Sprawa nie jest znowu taka prosta jakby mogło się wydawać. Właściwie to sam nie byłem do końca przekonany która opcja jest właściwa. Mógłbym o tym nie pisać żeby nie nadwyrężać swojej wiarygodności tylko rzucić monetą i potem napisać np. tak:  skarpetka ma być na i kropka! dziękuję dobranoc. Ale nie będę taki. Rozgryzę temat.


Na początek jeszcze mała uwaga. Ten odcinek dotyczy takiej pogody jak teraz, kiedy jeszcze jest za ciepło na zimowe gacie i owiewy ale kiedy trzeba założyć nogawki. Okej, więc tak. Risercz był potężny. Najpierw przeszukałem moje foldery z miliardem zdjęć w poszukiwaniu setu nogawki i skarpetki na nodze prosa. Większość nosi skarpetkę pod nogawką. Ale nie wszyscy, więc szukamy dalej. Zapytałem Was na fanpage'u co jest właściwsze. Głosy były bardzo podzielone. Niewiele mi pomogliście muszę przyznać. Więc podjąłem się poważniejszych kroków. Napisałem do prosów którzy wiem, że czasem odwiedzają szymonbajka - Bartka Huzarskiego, Michała Gołasia i Maćka Bodnara. Ankieta wśród prosów dała stuprocentowy wynik za tym, że skarpeta ma być na nogawce. Co prawda grupa badawcza liczyła tylko jedną osobę, Michała Gołasia, no ale..


Jak widać, temat jest trudny.. Ale okej, werdykt czas wydać. Tak więc, wychodząc z założenia, że trzepactwo wywodzi się z niechlujstwa, skłaniałbym się ku opcji skarpetki na nogawce. Bo to dodatkowa jedna czynność której nie musisz wykonać, ale jeśli jednak poświęcisz te 10 sekund swojego życia na wyciągnięcie swoich PROskarpetek na nogawkę i podciągnięcie tak aby podkreślały kształt Twoich wyżyłowanych łydek to wiedz, że jak Cię kiedyś spotkam to to docenię. A jeśli koniecznie musisz zakładać nogawki na skarpetki, to okej, tragedii nie będzie, ale pamiętaj o kilku rzeczach.
  • Nogawka ma się kończyć powyżej kostki
  • Cały set ma się zgrywać kolorystycznie, więcej niż 3 kolory będą notPRO
  • Skarpetka kiedy jest na nogawce musi być koniecznie wysoka, tak jak zresztą zawsze
  • Nogawki mają być naciągnięte i niepozawijane
Jak to ładnie opisał Robert Banach, najważniejsze to unikać zbędnego nawarstwienia materiału tam gdzie kolarska noga powinna być cieniutka, czyli na kostce. Więc pamiętaj, jeśli Twoje kostki wyglądają jak pnie drzewa to na nic te wszystkie rady, wytop to podstawa, więc wyłącz w tej chwili komputer i idź żyłować nogę.


Napinka na koks odcinek dziesiąty

Wyobraź sobie taką akcję. Na kontroli antydopingowej wpada jeden z najlepszych zawodników w tym sezonie na szosie, wpada też dziewczynka startująca na AMPach. A w międzyczasie do PZKolu trafia donos na pewnego gościa który nie rozliczył się z poprzednim klubem i nie przyniósł jakiś papierków do nowego. I szacowna komisja specjalistów z PZKol natychmiast zawiesza biednego zawodnika w prawach zawodnika a tych którzy mieli pozytywne wyniki jedynie upominają. Absurd co? Tyle tylko, że to jest rzeczywistość. Sami możecie zobaczyć to tutaj.


Jak jesteś wiernym fanem bloga od zarania dziejów to pewnie pamiętasz jakie krucjaty tu urządzałem. Teraz dawnej zajawki już nie ma. No ale kurcze, tym razem to już jest mocne przegięcie. Wpadł Sylwester Janiszewski, to nie tajemnica. W środowisku było o tym wiadomo już od dawna, ale nikt nie puszczał pary z ust. To raz.
No ale co się miało stać się stało, komisja dyscyplinarna PZKol wydała wyrok. Upomnienie plus grzywnę. Dziewczynkę z AMPów też tylko upomniała. A obu przypadkach wykryto wcale nie taki znowu marny środek. To dwa.
No i co? I potwierdza się teoria o cichym przyzwoleniu środowiska. Cała masa osób już od dawna wiedziała o Fifku. Tutaj macie potwierdzenie. I nic. Do tego jeszcze te lajtowe kary. Wydawało mi się, że komisje antydopingowe są od tego żeby dbać o to żeby nikt więcej nie ładował po kablach, a tu proszę, jasny sygnał, hulaj dusza, koksować można! Bagienko. Ale tak szczerze mówiąc to nic nowego.
I jeszcze jedno. W komunikacie komisji dyscyplinarnej są wypunktowani jeszcze inni zawodnicy który dopuścili się jakichś tam wykroczeń. Jak np. Karol który nie oddał swojemu staremu klubowi jakichś starych spodenek więc nie dostał zwolnienia i życzliwi włodzarze zgłosili to do związku który od razu Karola zawiesił w prawach zawodnika niszcząc mu cały sezon. No i gdzie tu jest logika?
Trzeba zapytać na górze. Bo nieładnie wyciągać wnioski takie jak np. ten : głupio by było zbanować zawodnika CCC skoro CCC sponsoruje PZKol..
Sprawa jest brzydka i w ogóle strasznie się męczę z pisaniem tego posta więc kończę. Zapraszam do dyskusji na fejsiku pod linkiem. Ciekawy jestem co Wy o tym wszystkim myślicie.

Projekt EuroPRO rower - odcinek trzeci

Kilka dni temu na szymonbajkowy fan page wrzuciłem pewien obrazek. Obrazek na który wpadłem na wieść o zamianie Wilierów na Meridę przez Lampre. Słaba to zamiana. Ale może być jeszcze gorzej. Tak jak w wypadku biednego Pippo. Musiałem odpalić Painta i wyrazić swoje współczucie.


Obrazek wylądował i rozgorzała dyskusja. Bo przecież Merida wcale nie musi być taka fatalna. Może i nie jest. Być może zdobywa wspaniałe osiągi w testach niemieckich magazynów i waży tyle co nic. Może nawet pod względem technicznym jest mega wypasem lepszym od MCipollini. Być może tak jest. Ale to nie ma najmniejszego znaczenia.
Szymonbike to nie Bikeradar. Tutaj pragmatyzm, techniczne właściwości i stosunek wagi do sztywności nie odgrywają żadnej roli. Bo tutaj liczy się styl, dobry smak i w ogóle to co jest PRO. A tego już nie da się zmierzyć i opisać w niemieckim magazynie.
Dlatego zanim zaczniemy właściwy projekt EuroPRO roweru jeszcze jeden odcinek o tym, które rowery są godne tego dumnego miana.


Odcinek trzeci sponsoruje słowo unikalność. Dokładnie to jest kluczem do PROsowatości sprzętu.
Zadaj sobie pytanie. Czy jeśli miałbyś powiedzmy jakieś 10 koła na nowy rower to czy kupiłbyś jakieś, nie wiem, Cube na Sram Red i stożkach czy używaną De Rosę na starym Recordzie? Obstawiam, że większość z Was wybrałaby Cube. Bo teoretycznie jest lepszy. Tylko ma jeden minus. Na Cube jeździ już od groma osób. W tym masa trzepaków. Niemieckich mastersów. A na De Rosie nie jeździ prawie nikt, na pewno ani jeden trzepak. I to już robi róznicę.


Rozumiesz? Jeżeli masz to wspaniałe podejście, że styl, unikalność czy piękno stawiasz ponad nudziarskie wartości testów z niemieckich labolatoriów to weź sobie do serca ten odcinek. Bo nie oszukujmy się, jakie to ma znaczenie czy Twoja główka sterowa jest o ileśtam procent sztywniejsza od mojej jeśli oboje jesteśmy tylko amatorami i jeździmy głównie dla fun'u? Nikłe. Ja tam wolę żeby mój rower był nawet trochę gorszy, cięższy ale kiedy wrócę z treningu to mogę go sobie postawić w zasięgu wzroku i cieszyć się jego widokiem. I inni też będą się za nim oglądać. Bo jest wyjątkowy.


Bardzo mi przykro, Merida czy Cube wyjątkowe nigdy nie będą. Bo to masówka. Dlatego jeśli czeka Ci zakup nowego roweru i zależy Ci żeby było PRO weź pod uwagę ten punkt. Do PROsowatości punktuje unikatowość marki. Jeszcze nie widziałem nikogo w Polsce na MCipollini, De Rosę widziałem tylko jedną. Punktuje indywidualne malowanie. Byle profesjonalne i eleganckie żeby nie osiągnąć przypadkiem odwrotnego efektu. Punktują limitowane edycje, dużo tego jest, szukajcie po ebay'u.
Bądź PRO, miej unikalny rower, masówki są dla nudziarzy.

Quick Review - DeFeet Slipstreams


Nie planowałem tej recenzji. Ale wczoraj w jakiejś szóstej godzinie treningu coś mnie tknęło. Kurcze, są ze 2 stopnie na plusie, wilgotna mgła i w ogóle fatalna pogoda a ja na buty naciągnąłem tylko owiewy. I moje stopy jeszcze mi nie odmarzły. A nawet jest mi w nie ciepło. Wow!
Może dla niektórych z Was to nic specjalnego bo jesteście jakoś wyjątkowo odporni na zimno. Ja nie jestem. W zeszłych latach grube, zimowe ochraniacze zakładałem już jak było 5 stopni na plusie. Bo poprzednie owiewy nie dawały rady. A tu proszę, DeFeet Slipstreams jakoś sobie poradziły.
W czym tkwi różnica? Na pewno w materiale. Otóż zwykłe owiewy często są uszyte tak jak zwykłe skarpetki, czasem są grubsze ale tak czy siak, łatwo przepuszczają zimne powietrze.Wziąłem do ręki stare owiewy, łatwo się rozciągają i prześwitują. DeFeet ciężko naciągnąć i widać, że są gęściej utkane. Druga różnica jest następująca, one nie mają dziury na piętę przez którą ucieka ciepło. Powiesz, że to niepraktyczne bo mogą się tam przecierać. A ja Ci powiem, że w butach kolarskich się jeździ a nie chodzi i każdy pros buty kolarskie zakłada dopiero na chwilę przed rozpoczęciem treningu, a do garażu czy piwnicy chodzi w klapkach albo zwykłych butach (ew. sandałkach jak Adam Wadecki).
Plus do tego są w miarę wysokie i nie ma na nich napchane od groma logotypów w każdym możliwym miejscu. Stylówa nie ucierpi.
Ale to wszystko nieważne. Najważniejsze jest to, że sam Tom Boonen w nich jeździ.


Szymonbike wraca do starego adresu

Nie wiem, nie znam się, ja tu tylko pisze o stylówie. I nie wiem czemu po założeniu domeny .pl nagle wielu osobom strona przestała działać. Nikt nie wiedział. Mam dosyć. Wracamy do starego adresu. Czyli 
www.szymonbike.blogspot.com
Przekażcie znajomym którym strona nie działa. Dzięki.


Złote Rady - jak nie nadziać się na podróbki Oakley'a

Oglądasz sobie wyścigi na Eurosporcie i widzisz: Fabian w Radarlockach, Joaquim w Radarach XL, Bradley w Radarlockach, Ryder w Radarach. Pół peletonu w Oakleyach. Sam od razu też chcesz je mieć. Tak to działa. Potem wchodzisz na Szymonbajka i czytasz Stylówę o okularach i już nic nie może zmienić Twojej decyzji. No po prostu musisz je mieć. Stylówa nie może czekać. Szukasz więc tu i tam. I łapiesz za głowę "drogo, oj kurcze, drogo". Więc szukasz taniej. Np. na allegro. A tam proszę, Radarlocki za 3 stówki! Od razu kupujesz wielce rad ze swojego znaleziska. Tylko jest jeden problem. Kupiłeś chińską podróbkę.


Chińskie podróbki to straszna padaka i nikt świadomie by ich sobie nie kupił. Ale ciągle ktoś się daje nabrać przedsiębiorczym polaczkom którzy ciągle bezczelnie wrzucają je na allegro. Bo cały czas znajdują nabywców którzy nie potrafią odróżnić oryginału od podróbki. Dlatego dzisiaj przedstawiam Wam Złote Rady - jak nie nadziać się na podróbki Oakley'a.


Na początek rady prosto z autoryzowanego salonu Optyk Okular :
Po lewej Oryginał, (pierwsze zdjęcie) etui twarde nie do zgięcia, małe wycięcia w szkłach, etui miękkie z napisem Oakley. Wewnątrz oprawki czarny element który zapobiega przesuwaniu szkła, a przy zawiasie dwa identyczne małe prostokąciki. 
Po prawej totalna podróba. Etui twarde a poddaje się pod palcem, duże wycięcia szkieł, dwa różne prostokąciki przy zawiasie, brak czarnego elementu wewnątrz oprawy. Napis LIVESTRONG na zauszniku. Opakowanie Livestrong które jest tylko i wyłącznie w oryginalnym modelu Livestrong czarno-żółtym"


A teraz moje Złote Rady. Po pierwsze kiedy widzę podejrzane oksy, czy to na allegro czy ebay'u, pierwsze co robię to wchodzę w pozostałe przedmioty sprzedawcy. I to zazwyczaj od razu wyjaśnia sprawę. Bo kiedy ten szczwany biznesmen sprzedaje równocześnie jakieś chinarello dogmę za 3 koła albo inne fanty prosto z alibaby to sprawa jest jasna jak słońce. To na bank podróbki. Podróbki które możesz też rozpoznać po szkłach. Te w chińskich oksach mienią się na tęczowo. To widać i to wyraźnie. Tyle możesz zrobić żeby rozpoznać podróby zanim je kupisz. A jak już kupisz, to pierwsze co robisz to wracasz do porad Optyka Okular.


A tak w ogóle to najlepiej kupić podróbki, w ogóle ich nie sprawdzać tylko żyć w błogiej nieświadomości. I zniszczyć sobie wzrok szkłami z taniego plastiku i modlić się żeby komuś spod koła nie wystrzelił w kierunku naszego oka kamień, bo w odróżnieniu od Oakley'ów zamiast się odbić, rozbije soczewkę i trafi prosto w oko. Ale tak, lepiej zaoszczędzić. Później będziemy się martwić.

Spalara nie popłaca - dowody naukowe!

Amerykańscy naukowcy z University of Maryland odkryli, że spalara ssie. Hurra! Nie no, moment. Po kolei.


Dziś rano, jedząc PROowsiankę, nawinął mi się pod rękę Przekrój. No to zacząłem sobie czytać. Czytam sobie i coraz bardziej japa mi się cieszy. Bo oto mam jasne dowody na to, że spalara ssie. Nie dosłownie, ale łatwo wszystko połączyć. I tak, w owym artykule czytam sobie, że wg. uczonych z szacownego University of Maryland oglądanie komedii pomaga w leczeniu i profilaktyce schorzeń układu krwionośnego. Śmiejesz się - zdrowiejesz. "Nawet o 50 proc. różniła się średnica naczyń krwionośnych ochotników zmierzona po stresującym i zabawnym filmie". Prosty wniosek. Nadęci spalacze którzy przed startem ze ściągniętymi brwiami wpatrują się w ziemię skupiając się jak jakieś cyborgi są na przegranej pozycji. A Ty sobie żartujesz z kumplami z ich przykrótkich skarpetek albo pasków nad oksami i dobrze wiesz, że dzięki temu Twoje naczynia rozszerzają się jak marzenie.


Jak jeszcze kiedyś byłem kolarzem to się właśnie tak zastanawiałem. Jak to jest, że zawsze kiedy dzień przed wyścigiem pojadę z kumplem na sześciogodzinną przejażdżkę, cały dzień robiąc różne jaja to potem noga jakoś lepiej podaje niż jeśli cały dzień spędzę z nogami w górze. Teraz już wszystko wiadomo. Więc zapamiętajcie moi drodzy, kiedy na starcie widzicie obok siebie nadętych spalaczy, możecie się cieszyć, macie nad nimi przewagę. No chyba, że sami jesteście tymi spalaczami. To macie przerąbane. Bo spalara nie popłaca.

Trzepak Miesiąca - Październik

Oto i jest. Dawno go nie było. Ale wrócił. Trzepak Miesiąca. 

Ale zanim go Wam przedstawię, przypomnienie, o co tu w ogóle chodzi:

Raz w miesiącu ten niezaszczytny tytuł trafia w ręce kolarza który w jakikolwiek sposób zaliczył wtopę ze stylówą. I to wszystko. Nie ma znaczenia nic innego, czy ktoś jest mocny czy słaby, biedny czy bogaty, biały czy czarny. Chodzi tylko i wyłącznie o stylówę. Jasne? Trzepakiem miesiąca może być nawet najwybitniejszy zawodnik na świecie. Bo liczy się tylko stylówa. Kropka.
Zasady:
- Wtopa ze stylówą oznacza naruszenie jakiejkolwiek zasady dotyczącej stylówy w elemencie ubioru który swobodnie mógłby być PRO, gdyby tylko Trzepakowi Miesiąca się chciało.
- "Trzepak Miesiąca" nie jest równoznaczny z potocznym określeniem "trzepaka". "Trzepak Miesiąca" to nie obelga, to tytuł.
- Rolą Trzepaka Miesiąca jest wskazywanie błędów w dbaniu o stylówę, to bardzo zaszczytna rola.

Zapomniałem już prawie o tym cyklu ale do mojej skrzynki pocztowej wpadło parę dni temu pewne zdjęcie...
I nie mogłem tego tak zostawić bez słowa, nie Szymonbike.


Tak więc, Panie i Panowie, Trzepakiem Miesiąca na Październik zostaje kolega z Katowickiego IC. Na ten niezaszczytny tytuł zasłużył niczym innym jak dziurawymi gaciami. Jeśli jeździłby sobie w nich samemu dookoła bloku to nie byłoby takiej tragedii. Ale skoro wybrał się na ustawkę z dziurą na tyłku to trzeba go pokarać. To tak jakby poszedł w gości, zdjął na progu buty i potem cały wieczór świecił paluchem wystającym z dziurawej skarpetki.
Tytuł się należy! Liczymy na poprawę!
A póki co, idź być trzepakiem gdzie indziej.

Występ gościnny - Karol

Szymonbike to wbrew pozorom nie tylko Szymon. Być może kojarzycie z niektórych postów z weekendowych tripów albo z konkursowych losowań pewnego wesołego gościa. Najwyższy czas Wam go oficjalnie przedstawić. Panie i panowie, oto Karol. Mega mocarz polskiej sceny MTB który ku uciesze przeciwników ma obecnie bana dzięki beznadziejnej życzliwości włodzarzy jego byłych klubów. Ale nieważne. Najważniejsze, że to dobry ziom i dlatego często pożyczam mu to i tamto. Tym razem pożyczyłem mu SzymonbikeKIT za co Karol odwdzięczył się wspaniałą recenzją. Oto i ona:


W ubiegły weekend miałem niewątpliwą przyjemność testować premierowe ciuchy SzymonbikeKIT prosto od Vitesse. 2 komplety różniące się nie tylko kolorystyką co już zdążyliście zauważyć ale też rozwiązaniami dotyczącymi wkładki, rękawków etc.

Zacznę od kwestii estetycznych. Wiem ile Szymon poświęcił czasu na ich zrobienie i domyślam się jak bardzo mu zależało żeby wyszło zadowalająco. Moim zdaniem oprócz zhejtowanych już spodenek w białej wersji jest naprawdę spoko. I nie mówię tego jako klakier Szymonbike'a. Moje rozbuchane ego nie pozwoliłoby mi założyć na siebie jakiegoś syfu :) Myślę, że są eleganckie i stonowane i w takiej kompozycji większej ilości osób podpasują niż na odwrót.

A teraz te najmniej istotne rzeczy dotyczące wygody i zupełnie nieistotnej praktyczności ;)
Koszulki: rękawek z cienkiej lycry spowoduje że poczujesz się lepiej ze swoim bickiem. Jeśli jednak przesadziłeś ze sterydami to może być Ci ciężko się w nie wcisnąć. Przylegające i trochę dłuższe od standardowych. Jak dla mnie są jak najbardziej PRO. Rozciągliwa lycra jest też na klacie. Jest to zatem patent zbliżony do ostatnich tendencji w światowym peletonie. Czyli PRO.

Koszulki były w dwóch wersjach jeśli chodzi o suwak. ¾ albo pełny. Pełny jest obowiązkowy do rozpięcia koszulki na 20 kilometrowym podjeździe i wyeksponowania swojej klaty Rasmussena ze zwisającym kolumbijskim pół metrowym krzyżem. Chyba trochę zjechałem z tematu, ups. Ale tak jest. Ma powiewać a nie zbierać powietrze na spadochron.

Podsumowując, koszulki pretendują do bycia PRO. Do zachwytu jednak zabrakło odrobinę z racji ciut za dużego rozmiaru. Były lekko za duże i pozostawiały nieprzyjemnie odstające fałdki. No chyba że to na brzuchu, jak tak to przepraszam.

Spodenki : najważniejsza rzecz, przyczyniająca się do komfortu lub jego braku podczas 8 godzinnych treningów- wkładka. My takowych nie robiliśmy, ale też trochę czasu spędziliśmy w siodle. Ja nie odczułem żadnego dyskomfortu, nie odnotowałem żadnych obtarć, co mi się zdarzało ostatnio przy innych spodenkach. Wkładka zatem prima sort.

Kolejnym godnym odnotowania aspektem są wykończenia nogawek, podobne do tych które pojawiły się w koszulkach. Wyglądają kozacko, przyjemnie przylegały do moich zalanych nóg.

Ponadto istotną rzeczą jest sposób poprowadzenia szwu o czym szymonbike już wspominał. Może on podziałać na korzyść lub niekorzyść w percepcji naszego wytopu lub jego braku na tyłku. Tutaj wygląda na to że jest w porządku.
;)
Należy jednak zwrócić uwagę, że ocenę trwałości i jakości ciężko jest postawić po kilku użyciach.

Jak przyjemnie spędzić weekend odcinek setny

Czyli kolejny tutorial dla spalaczy którzy nadal wierzą w potęgę spalary. Tym razem wzbogacony w recenzję ciuchów Vitesse. Bo tematem przewodnim wypadu były testy SzymonbikeKITu.



SzymonbikeKIT to nie lada projekt więc mieliśmy jechać testować go do Sierra Nevada ale w czwartek wieczór zadzwonił Karol, czyli znana Wam Komisja z Krakowa, żebyśmy wsiedli w pociąg i do niego wpadli więc szybko się ogarnęliśmy i pojechaliśmy. Bo co jak co ale lepiej żeby testy odbywały się w warunkach a których ciuchy będą używane. I prane w wodzie z kamieniem. Wszystko ma tutaj głębszy sens. Do Krakowa pojechałem z Prosto, ziomkiem który ścigał się w BDC. Testy z prosem to zawsze +20 do prestiżu.

 

Dzień pierwszy. Trening 5 godzin. W tym godzina ubierania się. Bo w końcu zdjęcia wylądują na blogu. I pół godzinny coffeebreak w Lanckoronie. EuroPRO. A w międzyczasie pełen ogień. Wyciskanie siódmych potów prosto w nowe wkładki w spodenkach. Plus nowe siodełko. Plus deszcz. Obtarcia w pachwinach powinny być na bank. Nie było. Ja tego dnia testowałem wynalazek z wkładką nie obszytą lycrą która wystaje na zewnątrz i ma na brzegach wzmocnienia i pod koniec trochę to zaczęło uwierać. Więc to nie trafi do SzymonbikeKITu. Karol jeździł w drugim modelu i był zadowolony. Ja potem w nim jeździłem 2 dni i mój tyłek był wniebowzięty. To już trafi do projektu. Wieczorem żeby nie wyjść na spalaczy skoczyliśmy na piwko i wróciliśmy o 7 rano. Super metoda treningowa. W sezonie nagle zmieniacie tryb na bardziej spalacki, organizm dostaje pozytywnego szoku i w konsekwencji kopa mocy. Jak teraz jesteście spalaczami to kopa nie będzie. Proste.

 

Dzień drugi. Trening 3 godziny. Bulwary, ZOO i lasek wolski. Krótko mówiąc sprawdzanie przydatności SzymonbikeKITu do lanserki. Niestety, jak to w listopadzie bywa, było zimno i nie dało się jeździć w samej koszulce która ma rękawki z fajnego elastycznego i opinającego materiału który nawet z naszych mizernych bicków coś tam tworzy, ale i tak czasem ktoś się obejrzał. Myślę, że SzymonbikeKIT ma potencjał. Tego wieczoru z myślą o przyszłym sezonie również nie spalaliśmy.



Ostatni dzień. Żeby testy były jeszcze bardziej PRO towarzyszyła nam osoba która w Vitesse jeździ już ileś tam lat i zdanie wyrobione ma. Roman Pietruszka bez cienia wątpliwości potwierdził, że te ciuchy to porządna produkcja. No to wszystko jasne. Mogliśmy ze spokojem serca zakończyć testy. Tego dnia na trening pojechaliśmy gdzieś na zachód. Ale niewiele pamiętam. Taka bomba.


Testy testami. Ale tak naprawdę chodzi o fun. Lekcja z tego posta jest taka, żeby korzystać z każdej nadarzającej się okazji i jeździć sobie od czasu do czasu tu i tam. I nie spalać rzecz jasna.