Strony


Kończy się dzień. I po raz kolejny wieczorem sobie pomyślałem "kurcze, to był naprawdę udany dzień!"
Kończy się też rok. W sumie co był całkiem udany rok.
Tego Wam życzę na 2014, żebyście co dzień, co miesiąc i co rok mieli górę powodów żeby sobie tak właśnie pomyśleć.
No i rzecz jasna mocnej nogi, fajnego roweru i w ogóle.

Bawcie się dobrze, hej!


Deptak w Calpe


Stoję sobie na tarasie, popijam Don Simona i oglądam co się dzieje na deptaku poniżej. Nie dzieje się wiele. Raz po raz przechadzają się grupki emerytów. Czasem jakiś starszy pan przejedzie sobie na elektrycznym wózku. Wszyscy prześcigają się w byciu coraz to starszym i pozbawionym energii. Przechadzają się tak powolutku, przystając czasem na kawę żeby jakoś zapełnić czas. Plaża jest pusta. Nikt z tego starszego towarzystwa nie ma siły żeby się na nią pchać.
Sąsiad z apartamentowca obok właśnie rozwiesił pranie i otwiera gazetę. Nie wyjdzie dzisiaj z mieszkania. Nie ma po co.
Niespecjalnie energetycznie nastrajający widok.

Dopijam Don Simona i daję sobie z tym spokój. Wracam do pokoju poczytać sobie reakcje pod ostatnim postem. Napisałem coś takiego:

"Po co masz się męczyć całą zimę skoro gdzieś tam jest tak jak lubisz? Kwestia wyboru."

Jestem w błędzie. To nie kwestia wyboru. To kwestia posiadania kasy. Pracy. Kariery. Obowiązków. Rodziny. Dziecka. Dziewczyny. Psa. Dużego telewizora. Kasy. 

Okej. Macie rację. Swoją. Zapewne taką samą rację mieli Ci wszyscy pozbawieni energii emeryci którzy teraz snują się deptaczkiem w Calpe. Dopięli swego. Spłacili kredyty, odłożyli bezpieczne kapitały, pobudowali domy z wielkimi telewizorami. Poszli za głosem rozsądku, odłożyli przyjemności na później. Dopięli swego. Nareszcie mogą zacząć żyć tak, jak zawsze chcieli.

Szkoda tylko, że pracując na ten złudny sukces coś przeciekło im przez palce.
Bo oprócz przyjemności, na później odłożyli też praktycznie całe swoje życie.

Nic tu po mnie


Czasami w życiu bywa tak, że w głowie pojawia Ci się myśl "nic tu po mnie". Czasem chodzi o jakieś miejsce, czasem o sytuację, wszystko jedno. Test charakteru. Masz dwie opcje. Albo coś ze sobą wtedy zrobisz, albo na poczekaniu wymyślisz garść wymówek. Jak się potem będziesz czuł ze sobą to już Twoja sprawa.

Ja jakoś nie potrafiłem znaleźć wymówki która przytrzymałaby mnie w Warszawie. Jakoś nic specjalnie ciekawego ani inspirującego nie chciało mnie tu spotkać. No to uciekłem sobie do Calpe. Od razu zaczęło się coś dziać.
Najpierw trzy nieprzespane noce ogarniania misji i szukania kolejnych kurierów którzy nie chcieli podjąć się wysłania kartonów z rowerami i bagażami, żeby w ostatniej chwili tuż tuż przed wylotem nadać fartownie znalezionym kurierem.
Czy to wyluzowana Hiszpanka która oznajmiła nam, że klucze do mieszkania przekaże nam dzień po naszym przylocie i przed spaniem na plaży uratował nas dobry człowiek w postaci Darka z teamu Vimar który przygarnął nas na cały weekend do swojego domku kawał od Calpe.
Czy to, że mieszkanie wyluzowanej Hiszpanki było kompletną klapą i po zrezygnowaniu z niego zostaliśmy na pewien czas bezdomnymi chłopaczkami rzuconymi na pastwę losu.
I tak dalej. No i fajnie. Sto razy lepiej niż w zatęchłym komforcie rodzinnego gniazdka.

Piszę Ci o tym też dlatego, żebyś nie narzekał za bardzo, że znowu pisanie bloga idzie mi jak krew z nosa. Awaria goni awarię wciąż podnosząc poprzeczkę beznadziejności. Kiedyś to się pewnie skończy. A jak nie, to pewnie wrócę do domu i znowu będę pisał jak należy. I przygotowywał sobie góry wymówek na następną okazję. A teraz daj mi jeszcze kilka dni na to, żebym przeżył jeszcze coś ciekawego, co później będę mógł opisać.

Pokonać trenażer. Odcinek drugi: Głowa


Wiesz czemu nie lubisz trenażera? Bo nikt nie lubi. Więc Ty też, mimowolnie. Nawet jeśli nigdy w życiu na nim jeździłeś. Nie lubisz. Nawet jak trochę lubisz, to zaraz wszyscy dookoła uświadomią Ci, że nie, jednak nie lubisz. Tak już jest. Kropka.

Zrób taki test. Wrzuć sobie na walla zdjęcie z trenażera. I obserwuj reakcje. Patrz jak każdy po kolei w coraz bardziej wyszukany sposób stara się podzielić swoją antypatią do tego urządzenia. Poczytaj sobie porównania do najokropniejszych rzeczy na tej planecie. Popatrz sobie na zdjęcia komentujących i wyobraź sobie jak paskudnie wykrzywiają im się twarze na samą myśl o trenażerze. Poobserwuj sobie ten wylew żalu. Bezstronnie.

Wszyscy nawzajem się nakręcają jak opętani, że cała ta nienawiść do trenażera nabiera tak absurdalnych rozmiarów, że chyba woleliby spłonąć żywcem niż na niego wleźć.

Prędzej czy później jednak nadchodzi nieuniknione. Zima. W najgorszej ze swych straszliwych postaci. Nie ma odwrotu, trzeba pokręcić pod dachem. I oni wszyscy, smutni, załamani, przerażeni, ruszają jak na skazanie na najgorszy trening ich życia.

Sami są sobie winni.

Bo jak to by wyglądało jakby sobie oszczędzili całej tej nagonki i nakręcania przeciwko trenażerowi?


Wszystko jest kwestią podejścia. Wszystko siedzi w głowie. I żeby sobie uświadomić, że trenażer wcale nie jest narzędziem tortur, nie musisz od razu zostawać jakimś nie wiadomo jak oświeconym mnichem.

Bo patrz o co chodzi z tym podejściem. Jak wszystko jest względne. Spójrz na siebie teraz. Siedzisz i czytasz sobie tego posta, z kimś tam sobie rozmawiasz na fejsbukowym czacie i popijasz kakao z którego extra kalorie przypomnisz sobie na pierwszym podjeździe jak tylko nadejdzie wiosna. I czas sobie płynie szybko jak Tony Martin na czasówce. Zasuwa nieubłaganie.

A teraz przypomnij sobie jak wracałeś z pracy. Stałeś w korku. Stałeś na światłach. Czekałeś na autobus. Mijał ten sam czas. Te same sekundy i minuty. Ale tym razem to już nie był Tony Martin. Raczej zbombiony Cav w najsztywniejszym momencie królewskiego podjazdu. Czas ciągnął się w nieskończoność.

Widzisz o co chodzi? Czas to pojęcie względne. Wszystko zależy od Ciebie. Co za różnica czy siedzisz sobie teraz wyluzowany przed monitorem czy wściekły za kierownicą w korku? Siedzisz sobie. Po prostu siedzisz. Czemu nie możesz sobie w tym korku usiedzieć spokojnie? Kwestia podejścia.

Możesz się wściekać za kółkiem. Możesz nerwowo bawić się telefonem na przystanku. Myśląc, że fajnie by było już sobie pokręcić. Ale z takim podejściem, kiedy już będziesz miał okazję pokręcić to znowu Twój zegar zacznie się ślimaczyć jak Cav na podjeździe. Wyluzuj. Może jak sobie uświadomisz jak to wszystko jest głupie, to łatwiej Ci będzie i na trenażerze i w korku. Czemu nie. Jednego wściekłego kierowcy mniej. Dwie wyżyłowane łydy więcej.

Po prostu sobie wsiądź na trenażer. I jedź. I nie myśl o tym za wiele. Czas może sobie lecieć całkiem sprawnie. O tym w następnym odcinku. W oczekiwaniu na niego zawsze możesz pozbyć się swoich znajomych nakręcających trenażerową spiralę nienawiści albo spróbować zostać nie wiadomo jak oświeconym mnichem.

Rób co chcesz. Nic nie żałuj.


A więc zostałeś kolarzem. Taki sobie los wybrałeś. Wporzo, ja też.
Bycie kolarzem zobowiązuje. Jak już trochę w tym siedzisz to wiesz jak jest. Jak jest zima to przerzucasz tony żelastwa na siłowni, biegasz po ciemnym lesie i w ogóle robisz sto przeróżnych metod treningowych. Na dzień. Jak jest wiosna to od bladego świtu do późnego zmroku tyrasz na swojej rozklekotanej zimówce w pośniegowej brei. Byle jak najwięcej natrzepać cyferek. Jak jest lato to w weekend jedziesz na zlot kolarzy a w tygodniu się spalasz. Tydzień w tydzień, miesiąc w miesiąc. Tak to już jest.
Ale w końcu to lubisz, czy nie tak? Okej, więc przychodzi potem jesień. I sobie myślisz, że w końcu odpoczniesz od tego kieratu. Że może już przestaniesz na chwilę być takim nolajfem rowerowym. Nic bardziej mylnego.


Otwierasz swoją ulubioną gazetkę a tam, proszę bardzo, plan treningowy. Tutaj godzinka basenu, tu pół godzinki biegania, godzinka frisbee albo grania w papier kamień nożyce. Byle nie rower. Otwierasz sobie internety a tam całe multum artykułów których tytuły zawsze zaczynają się podejrzanie od hasła "Roztrenowanie..". Na domiar złego czytasz sobie wywiad z jakimś swoim idolem. A tam zawsze coś w stylu "tak tak, na cały miesiąc odwiesiłem rower na hak". Co to w ogóle ma znaczyć? Jaki hak?
Szpony spalary znowu Cię dopadły. Chcąc nie chcąc idziesz pobiegać czy popływać. Odwieszasz rower na hak. Jeśli jakiś hak rzecz jasna masz. Maszynka kręci się dalej. Tak sobie już los wybrałeś.


Powiem Ci coś. Takie podejście ssie. To najprostszy sposób na zostanie typowym dziadem z niedzielnej rundy. Mastersem który nie ma kompletnie nic ciekawego do opowiedzenia i w kółko powtarza te same historie sprzed iluś tam lat. Bo od ostatnich kilkudziesięciu lat żyje sobie według tego kolarskiego schematu i jedyne co się w nim zmienia to sprzęt który dosiada i ilość zmarszczek na jego czole. No, ale taki sobie już wybrał los.
Jak się zagapisz to też w to wpadniesz jak on. I kapniesz dopiero jak dostaniesz ataku serca na rancie. Lepiej coś z tym zrób. Najlepiej jesienią. Wyskocz sobie z tej maszynki. Olej te wszystkie plany, porady i wywiady. Chcesz sobie pojeździć? Idź pojeździć. Olej idola i jego hak. Nie chce Ci sie trenować? To nie trenuj. Zdziwiłbyś się bardzo mocno najlepsi prosi potrafią nie-trenować. Chcesz sobie wleźć na K2? Wleź sobie, kiedy jak nie teraz. Chcesz obejrzeć wszystkie odcinki jakiegoś serialu? Śmiało, mimo, że to straszne marnowanie czasu. Idź się upić z lokalnymi ziomkami. Poleć sobie dookoła świata. Nie rób nic z tego co Ci teraz piszę. Rób co chcesz. Nic nie żałuj. Bylebyś tylko nie został kolejnym bezmyślnym, nudnym kolarzyną.

Pokonać Trenażer. Odcinek pierwszy: Rzeczy


Przyjęło się, że trenażer to samo zło. Może i faktycznie tak jest, może i nie. Jedno jest pewne, zima to jeszcze większe zło. Szczególnie na tej szerokości geograficznej na którą nas niefartownie rzuciło.
Teraz jest w miarę znośnie za oknem, ale kiedy zima przyatakuje z całym impetem, drogi pokryją się breją a temperatury spadną na łeb na szyję, to Twoje pojęcie zła w kontekście trenażera może się nieco zmienić.
Więc na wypadek jakby zima była zimą, ruszam z cyklem Pokonać Trenażer który, mam nadzieję, pomoże Ci przetrwać całą masę ośmiogodzinnych treningów szybkości metodą ciągłą bez specjalnego uszczerbku na psychice.

Na początek odcinek o wszystkich niezbętnych rzeczach. Czyli co musisz sobie przygotować zanim zaczniesz kręcić miliardy watów na trenażerze który wcale nie jest tak straszny jak wszyscy utrzymują.

  • Trenażer.
Jeśli chcesz się powozić merolem, potrzebujesz merola, jeśli chcesz pojeździć na trenażerze, potrzebujesz trenażer. Wiadomo. Bez tego ani rusz. Ale nie licz teraz na to, że powiem Ci jaki kupić sobie model żebyś nagle przekonał się do kręcenia pod dachem. To pułapka. To dla gości którzy szukają wymówek i ciągle coś dokupują oszukując się, że jak już wszystko zgromadzą to zaczną jeździć. Poza tym, w internetach jest już wystarczająca ilość testów i porównań.
Kiedy będziesz sobie szukać trenażera, pamiętaj o jednym. Nie bądź sknerą. Wiem jak jest, nikt nie lubi rozstań ze swoimi zaskórniakami. Standardowym modelem zakupów jest wejście na allegro, ustawienie filtru od najtańszych i kupienie pierwszego produnktu z listy, ewentualnie drugiego, że niby masz taki gest. To najlepszy sposób żeby się zniechęcić. Jak za wszelką cenę będziesz chciał oszczędzić i kupić byle co, to zrazisz raz dwa. Równie dobrze możesz sobie oprzeć o tylne koło kamień. Zawsze będzie jakiś opór.
Trenażera nie kupujesz na jeden sezon a na lata. Spraw sobie, w miarę swoich możliwości, coś porządnego. Markowego. Jest na rynku kilka znanych, dużych marek które dzięki temu że są jakie są mogą wypuszczać coraz to lepsze modele. Działające płynniej, ciszej i przyjemniej. Dzięki którym będzie Ci o niebo lżej przetrwać tą katorę jaką jest jazda na nich.
  • Otoczenie.
To nie jest tak, że wstawiasz sobie rower w trenażer i jedziesz 8 godzin. To tak nie działa. Musisz sobie najpierw przygotować otoczenie w którym będziesz jeździć. Zrobić małe przemeblowanie. Najważniejszy punkt, pochować wszystkie zegary w mieszkaniu. Pozdejmować, powyrzucać, pozaklejać taśmą. W żaden sposób nie możesz dowiedzieć się ile już jeździsz. Poproś domowników żeby przestali wracać o regularnej porze, bo może Ci to zasugerować, że kręcisz dopiero pół godziny. Być może będziesz musiał się ich pozbyć. Bo odcięcie się od poczucia czasu to podstawa.
Przygotuj też sobie jakiś stolik, biurko czy cokolwiek takiego co będzie stało na wyciągnięcie ręki. Postawisz tam sobie górę baniaków z izotonikami, tonę batoników i żeli, wiatrak, telefon i cokolwiek z czym nie rozstajesz się podczas treningu. Spalaczu.
  • Stojak.
Kluczem do wytrzymania treningów od świtu do zmroku na trenażerze jest zabijające czas zajęcie. Nie jest tajemnicą, że najlepsze w tym są internety. Żeby dać się im pochłonąć potrzebujesz komputer który musi stać tak blisko, żebyś był w stanie sięgnąć dłonią do touchpada. Potrzebny Ci będzie specjalny stojaczek. A to już większa misja. Nie znajdziesz go ani na allegro ani w ikei. Musisz sam go stworzyć.   Masz okazję żeby wykazać się swoją wielką pomysłowością i zdolościami majsterkowania. 
Dla przykładu powiem Ci jak ja to zrobiłem. Wziąłem kawałek deski który pierwotnie służył za półkę w szafce. Widać ją na zdjęciu, od wierzchniej strony. Od spodu obkleiłem dwoma grubymi paskami taśmy tak żeby oparta o przednie koło nie ruszała się na boki. Za to na górze przykleiłem wystarczająco grubo taśmy żeby laptop stał sobie tam gdzie mi najwygodniej i nie zsuwał niżej. A potem opieram to sobie z jednej strony o szafkę, a z drugiej o przednie koło. I gra. Teraz Twoja kolej.
  • Muzyka.
Jak chcesz przejechać 8 godzin to przygotuj sobie wcześniej odpowiednią playlistę. Jak Ci brakuje motywacji, zgraj sobie soundtrack z Rockiego, jak jesteś dresiarzem, zgraj sobie jakąś techniawkę, a jak jesteś sobą, zgraj sobie po prostu to co sam lubisz. Indywidualna sprawa. 
Ważne jest to, jak będziesz jej słuchał. Jak chcesz przetrwać pół dnia treningu, postaraj się robić to tak, żeby nie słyszeć trenażera. Postaraj się o porządne słuchawki. Poleciłbym monsterbeatsy ale dr. Dre ociąga się z przelewem więc powiem, że są nic nie warte. Żartuję, nie znam się na tym. Po prostu spraw sobie coś co zagłuszy trenażer i przy okazji nie sprawi, że później Ty ogłuchniesz.
  • Praktyczne bzdety.
Popularne memy mówią, że jak trenujesz to Twój tłuszcz płacze. To jest kolejna rzecz na której się nie znam, ale wydaje mi się, że jak trenuję, szczególnie na trenażerze, to krótko mówiąc, pocę się jak świnia. Leje się ze mnie. Wylewam siebie samego. Na kierownicę, na podłogę. Gdzie popadnie. Tobie też to grozi. Zabezpiecz się. Przygotuj sobie odpowiednią ilość ręczników. Jeden na kierownicę, w końcu musisz mieć w miarę suche palce żeby pozwalać się pochłaniać internetom. Drugi na podłogę. Żeby nie zalać sufitu sąsiada z piętra niżej. Wtopą jest zalanie go wodą, a co dopiero jak wylewasz hektolitry potu śmierdzącego wszystkimi toksynami które w siebie wlałeś w piątkowy wieczór. Oszczędź mu tego. Sobie też przy okazji.

Tyle. Możesz teraz zacząć się zbroić. Budować wymyślny stojaczek. Szykować plan pozbycia się domowników. I czekać na kolejny odcinek. 

Więzienie


Patrz. Zrobiłem ten filmik. Całą drogę przez Norwegię siedziałem z wyciągniętą i zdrętwiałą ręką żeby naciskać spust migawki i gromadzić materiał na ten tajmlapsowy filmik. Potem jego większość straciłem. I filmik wyszedł, delikatnie mówiąc, tak sobie. Cóż, taka lifa.
Ale nie o to chodzi. Bo patrz. Mija kilkanaście sekund, przejeżdżasz Szwecję. Mija pół minuty jesteś 2 tysiące kilometrów od domu. Mija półtorej minuty a Ty odhaczyłeś już jakieś super wakacje.
Będę robił więcej takich filmików. Żeby sobie, czy Tobie, przypominać, w momentach takich jak ten, kiedy siedzę przygarbiony przy biurku zawalony papierkami i innymi bzdetami, że wypad w jakieś wspaniałe miejsce to nie jest taka znowu wielka misja. Właściwie żadna.
Bo tym co najbardziej Ci przeszkadza w jej realizacji jest więzienie które sam sobie stworzyłeś. Skrupulatnie budowane z codzinnej rutyny i przyzwyczajeń. Dzień w dzień wznosisz jego mury swoim wygodnictwem i lenistwem. A przecież już jutro mógłbyś być, nie wiem, w Calpe albo na szczycie Dalsnibby. Czemu nie.

Projekt EuroPRO Rower - Koła.


Nadszedł ten moment, że szymonbike zamiast rozbijać namiot w norweskich lasach albo otwierać piwo na szczycie Dasnibby zasiadł zgarbiony przed monitorem żeby poddać się szaleństwu konsumpcjonizmu i przetrząsać internety w poszukiwaniu wszystkiego co może sprawić, że jego EuroPRO rower stanie się jeszcze bardziej EuroPRO.
Na wypadek gdyby i Ciebie to dopadło, reaktywuję Projekt EuroPRO rower. Od razu z grubej rury. Od kół. W końcu są aż dwa. I robią kawał roboty. Masa rotująca i tak dalej. Żartuję. To bzdety ze sztampowych artykułów. Tym razem chodzi o co innego. O to żeby było EuroPRO. Nie wiesz jak się za to zabrać? To wykuj na pamięć wszystkie poniższe punkty.

  • Stożek?
Każdy młodzik dobrze wie jaki jest synonim kół marzeń. Stożki. Kiedy ja byłem dzieciaczkiem to każdy śnił o cosmicach, teraz ich miejsce w głowach młodzików zajęły pewnie jakieś lightweighty czy inne zippy. I dobrze. Młodziki mają trochę racji bo stożki faktycznie robią robotę. Ale to nie wystarczy. To zbyt proste i oczywiste. A z tego typu rzeczami jest czasem jak z mejlami od nieznanych krewnych którzy chcą Ci przelać 5 milionów. Czasem to nie jest takie proste i oczywiste.  Musisz jeszcze zwrócić uwagę na multum niuansów.

  • Czarny rancik.
Uważaj młodziku, teraz przestawię Ci coś w głowie. Otóż to wcale nie stożek sprawia, że nie śpisz po nocach. To czarny rancik. Ta powierzchnia z którą stykają się Twoje klocki hamulcowe. Czarny rancik jest w stożkach więc wszystko się zgadza, ale to włanie on robi robotę. To dzięki niemu one wyglądają tak złowieszczo i wspaniale. Odwrotnością jest typowy, srebrny, amelinowy rant. Absolutna zbrodnia na EuroPROsowatości Twoich kół. Powiesz, że dzięki temu lepiej hamują? Odpowiem Ci, że jesteś trzepakiem. To tak jakbyś do nowiutkich Radarlocków zamontował tą gumkę na szyję albo na komplet Raphy uwdział odblaskową kamizelkę, dla bezpieczeństwa.


  • Wysokość.
Stożek stożkowi nierówny. W sumie nawet nie musi być stożkiem jak się okazuje. Póki ma czarny rancik może i być zupełnie niskim klasyczkiem. Ale równie dobrze może być mega wysokim chamem. Zależy. Od roweru. Załóżmy że wydoroślałeś i swoje tłuste Cervelo S5 zamieniłeś na jakieś oldschoolowe Colnago na cienkich, stalowych rurkach. Jakoś te mega wysokie zippy już nie pasują co? Mimo, że same w sobie są wyśmienitymi kółkami. Fakt, nie pasują. Bo wysokość musi pasować do przekrojów ramy. Im hojniej Twój producent ramy obdarował ją carbonem tu i tam, tym wyższy możesz strzelić sobie stożek. I w drugą stronę tak samo. 
Taki bezpieczny, sprawdzony standard dla niezdecydowanych to 50mm. Im starszy rower, im cieńsze rureczki tym niższy stożek. Im bardziej tłusty tym wyższy. Tylko nie przegnij. Jazda na zbyt wysokim stożku, ot tak, bez lepszego uzasadnienia to najzwyklejsze przedłużanie sobie tego i owego.

  • Logo.
Załóżmy, że jesteś zapalonym wędkarzem. Więc rozumie się samo przez się, że masz rower na Shimano. Fullopcja Di2. Ale jeszcze Ci mało. I trafiasz na superpromo na powiedzmy, Campagnolo Bora. I masz wypas osprzęt, masz też wypas koła. Ale cały rower masz już trzepacki. 
Niech wszystko do siebie jakoś pasuje. Czy to logiem, czy nawet tylko pochodzeniem. Masz włoskiego klasyczka, miej włoskie klasyczki. Masz chińskiego chama, miej chińskie chamy. Kiedyś może się dorobisz włoskiego klasyczka. Póki są na świecie to możesz je mieć. Ale póki co nie mieszaj.

  • Kolory.
Zasady Euro mówią jasno. Koła mają pasować do ramy i widelca. Rama ma zawierać od 2 do 4 kolorów ze wskazaniem na najbardziej Euro kolor czyli biały. Czyli zawsze masz ten biały, czarny i srebrny. Bo zawsze się gdzieś trafią. I masz misję dobrać koła tak, żeby pasowały. To nie jest jakoś nieludzko trudne bo prawie wszystkie porządne koła są czarno białe ale bądź czujny! Łatwo wszystko zepsuć, chociażby hendmejdowymi naklejkami czy kolorowymi nyplami które są domeną zatwardziałych trzepaków. Nie chcesz chyba zasilić tego zacnego grona.

  • Wyżej niżej.
Jak kiedyś wygrasz w loterii to pierwsze co zrobisz to kupisz sobie wszystkie rzeczy o których marzyłeś. Na przykład całą masę stożków. Wysokich chamów i niskich klasyczków. A potem zaczniesz kombinować. Bo jeżdżenie na jednym komplecie Cię znudzi. To coś Ci powiem, nigdy, przenigdy nie zakładaj niższego stożka z tyłu a wyższego z przodu. Jeśli już coś takiego strzeli Ci do głowy to niższy zakładaj na przód.  

  • Zasady EURO.
Punkt 10. Powinieneś ścigać się tylko na Borach albo Lightweightach. Fulcrumy Racing One, Corimy Aero+ albo Zippy (404 albo 202) są wystarczająco stylowe żebyś mógł wyjeżdżać na nich na trening.
Zawsze używaj łożysk ceramicznych

Punkt 11. Wszystkie koła mają być pod szytkę. Niezależnie od tego czy umiesz ją nakleić czy nie.

Takie już są zasady. Nie ma dyskusji.


  • Szytki.
Jeśli rozmawiamy o kwestiach EuroPROsowatości to wybór między szytką a oponą jest jak wybór między wypiciem cappuccino na bulwarze w San Remo a zrobieniem browara na ławce w Radomiu. Szytka definiuje EuroPROsowatość Twoich kół. Dopełnienie bonusu z czarnego rancika. Cała czarna obręcz, czarny rant, czarna szytka. Jedna wspaniała całość. Ideał. Od którego może być coś jeszcze lepszego. Gumwall. 

Ale to, i inne triki już innym razem. Na dziś Ci wystarczy. Tylko nie rzucaj się z markerem na swoje amelinowe obręcze. To na nic.

Zdjęcia: tumblr.com

Raj

Obiecałem i Tobie, i sobie, że napiszę trzeci powód czemu co lato uciekam do Norwegii. No to piszę.


Raj. Słowo klucz tego posta. Co roku jadę sobie zafundować turnus w raju. A potem wrócić bo ten raj to całkiem względna sprawa. Ale po kolei.


Lato 2013. Norwegia. Jedziemy sobie wielkim merolem, amg, fulopcja i przepych. Wiezie nas Ronny który dopiero co wrócił po całym dniu pracy, ale jakoś specjalnie mu to nie przeszkadza. Wiezie nas żeby pokazać Atlantic Road, jego hytterek albo coś tam podrzucić kumplowi. Zostawiając nas samych w odpalonym merolu z kluczykami w stacyjce. A potem odwozi do mieszkania które zupełnie za darmo nam dał, ot tak. Bo mieliśmy mu pomalować płotek. A kiedy kilka dni później jedzie sobie na dwutygodniowe wakacje zostawiając nas samych, jest mu tak głupio z tego powodu, że daje nam jakąś tam kasę. Na życie. W sumie to równowartość fajnej pensji w Polsce. Ronny to jest gość. Powiedział nam raz czemu nim jest.

Kiedy byłem mały rodzice powiedzieli mi "be nice to people, people will be nice to you".

I już. To chyba jakaś regułka wlewana w głowy małych norwegów bo wszyscy tam są tacy jak Ronny. Uśmiechają się do Ciebie na ulicy, mówią hei hei do każdej napotkanej osoby. Są mili a Ty automatycznie też się stajesz miły. I to się jakoś tak tam kręci.


Lato 2011. Polska. Jedziemy sobie naszym starym volviaczkiem. Po dobrych kilku tygodniach z dala od wszelkich złych emocji. Złości, agresji i tak dalej. Właśnie zjechaliśmy z promu w Świnoujściu. Dwupasmówka po jakimś czasie zwęża się w jeden pas. Wjeżdżamy między audika a czarną betkę. I nagle betka na złości wyprzeda nas poboczem, otwierają się wszystkie okna a z nich wylewają się wściekłe mordy zachodniopomorskich zakapiorów którzy w niespecjalnie wyszukany sposób dają nam do zrozumienia że z chęcią by nas zadźgali za ten manewr zmiany pasa. Pierwsze słowa które usłyszeliśmy po powrocie.


Ot taki kontrast. Jakby ktoś chciał się teraz unieść patriotyczną dumą to mam dla niego jeszcze więcej. Czy to, że całe lato zostawialiśmy rowery gdzie popadnie, nawet na kilka godzin, że nie zamykaliśmy samochodu, mieszkania, żeby po powrocie do domu Karolowi skroili rower a mi telefon. Czy to, że gdziekolwiek nie spojrzysz, nie zrobisz zdjęcia, tam jest straszliwie pięknie a potem po powrocie jedyną ucieczką od wszechobecnych banerów i przydrożnych reklam w stylu pięczątki dwaczteryha jest wydłubanie sobie oczu. Mam tego więcej ale nie o to chodzi. Zupełnie nie.


Łatwo jest wychwalać takiego Ronnego i narzekać na takich zachodniopomorskich karaczanów. Tak jak to właśnie robię. Ale już przestaję. Bo to przechodzenie na ich stronę. Narzekactwo czy inne negatywne sprawy. To tak jak urywanie lusterek wściekłym kierowcom. Kim się stałeś urywając to lusterko? No właśnie. Pamiętaj o regułce dla norweskich dzieciaczków. Wszystkim będzie lżej.


Może kiedyś tutaj też będzie taki raj. Czemu nie. A może i dobrze, że go nie ma. Bo powiem Ci tak między nami, że kiedy tak sobie siedzisz długo, naprawdę długo w tym raju to wszystko zaczyna być nieznośnie nudne. Ci wszyscy grzeczni, nudni ludzie. Te wszędzie tak samo przecudne aż do znudzenia widoki. Nuda. Tak sobie pomyślałem pod koniec tegorocznego wyjazdu do Norwegii. Dwa dni po powrocie mi przeszło.

Bądź jak Kwiato

Pomyśl sobie tylko. Masz zaledwie 23 lata. Wygrywasz mistrzostwo świata w drużynie. Przejeżdżasz Tour de France, tryptyk ardeński i inne wspaniałe wyścigi. Z sukcesami. Masz kontrakt z OPQS. Wygrywasz życie.


Osiągnąłeś sukces. A życie trwa w najlepsze. Kończy się sezon, zaczynają wakacje. I co robisz? Możesz sobie spić śmietankę ze swojego sukcesu. Pojechać sobie na wakacje na Bora Bora. Kupić szybką brykę. Albo dać się porwać szponom melanżu. To opcja egoistyczna. 


Ale wcale nie musisz jej wybierać. Możesz zamiast robić dobrze sobie, zrobić dobrze innym. Możesz być jak Kwiato który niedawno ruszył z projektem Copernicus. Akademia Michała Kwiatkowskiego. Klub kolarski który na zupełnie nowy, lepszy sposób ma pomagać odnajdować i szlifować talenty na miarę samego założyciela. Piękna inicjatywa. Ogrom pracy. Nie szkodzi, możesz się temu w pełni poświęcić. Od rana do wieczora nad tym pracować. Jak Kwiato który tak właśnie robi. Bo wybrał jednak drugą opcję. Opcję altruistyczną.


Bo jakiego sukcesu byś nie osiągnął, pamiętaj, nic nie da Ci więcej satysfakcji niż pomaganie innym dookoła.

Roadtripping Norway. Wersja polska.



Jakoś tak wyszło, że w te wakacje odhaczyłem akcję życia. Opisana i fantastycznie obfotografowana podbiła kolarskie internety. Z tym że po angielsku.
To świetnie że jesteś poliglotą i już dawno sobie to przeczytałeś ale tak myślę, że kiedy jeszcze myśli latające Ci po głowie formułują się po polsku, to mimo wszystko przyjemniej czyta się właśnie w tym języku.
Tak więc teraz Roadtripping Norway masz do poczytania po polsku. Niby to to samo ale może trochę bardziej zadziała Ci na wyobraźnię i umili wieczór.
Do poczytania i do pooglądania. Starałem się odkopać jeszcze jakieś zdjęcia Piotra Trybalskiego których dotąd nie widziałeś. A jest co oglądać, nawet po raz setny. 
Smacznego.


I nagle sobie uświadamiasz, że jadąc tą piękną, krętą szosą, zatracony w zachwycie nad ogromnymi przestrzeniami, górami i fiordami zapomniałeś zupełnie o tym aby uważać na kierowców czy dziury w szosie. Bo ich po prostu nie ma. Jesteś tylko Ty i szosa marzenie.


Taka już jest Norwegia. Kraj który z kolarstwem na tyle wspólnego co Hiszpania z biegami narciarskimi, czyli tyle co nic, a w którym mimo to powstał kolarski raj. Zupełnie przez przypadek. Bo Norwegowie mają rozmach. Kładą perfekcyjnie gładkie szosy gdzie tylko popadnie. Czy to na sam szczyt góry, poprzez małe wysepki na morzu, czy przez górskie doliny albo nadmorskie pustkowia. Czasem zdają się nie mieć celu, ani sensu. Całe szczęście, bo w ten sposób, zupełnie nieświadomie, tworzą ogromną ilość fantastycznych miejsc do jazdy. To tak jakby robili je dla nas, kolarzy, w prezencie.


Oni nie wiedzą, że je sprawiają, ale nie wie o tym też cała masa kolarzy. Znają je tylko lokalsi. W końcu każdy trzeźwo myślący kolarz jeśli będzie miał wyskoczyć gdzieś dalej na weekend wybierze Alpy, Dolomity czy inne Pireneje. Pewne miejscówki. Zjeżdżone setki razy. 


Ile można, czemu tym razem nie spróbować czegoś nowego? Wpakować się z kumplami do auta i ruszyć w poszukiwaniu szos kolarzom nieznanych. Zaryzykować porzucenie komfortu sprawdzonych i obleganych tras, pewnej pogody i udać się w zupełnie odwrotnym kierunku, na północ Europy.


Jest nas trzech, Karol, Wojtek i ja, Szymon. Jest sierpień i nikt nie robi sobie już ciśnienia na wyniki, na sprzęt czy to wszystko co na początku sezonu wydawało się tak istotne. Zostawiamy w domu pulsometry, mierniki mocy i inne tego typu bzdety. Zapominamy o planach treningowych, klasyfikacjach lokalnych ogórków i tym wszystkim co powstrzymuje zatwardziałych spalaczy przed takimi akcjami. Po prostu jedziemy przed siebie, w głąb Norwegii, w poszukiwaniu szos marzeń. I przy okazji przygody.


Plan jest prosty jak strzelanie z koła Purito Rodriguezowi pod sztajfę. Dwa treningi nietreningi, od świtu do zmroku. Pierwszy nad morzem, drugi w górach. Zaliczenie największych atrakcji turystycznych które da się przejechać rowerem. Wiele więcej nie ustalamy. Im mniej planowania tym więcej przygody. 


Nie jesteśmy w formie, najdalej od niej jest Wojtek który na swój pierwszy lot zasypia, żeby dolecieć dwa dni później. Więc mamy też mało czasu. To niedobrze bo akurat pogoda się psuje, ale teraz nie ma już mowy o przeczekiwaniu brzydszych dni. Ale w końcu to Norwegia, tutaj deszcz jest integralną częścią krajobrazu. Trochę nas to martwi, nie da się ukryć, chmury zasłonią lwią część fantastycznych widoków, no, ale nie ma co się złościć na coś czego i tak się nie zmieni tylko robić swoje. 


Budzik dzwoni o nieludzkiej porze, jest jeszcze ciemno ale nie musisz wyglądać za okno żeby zobaczyć jaka jest pogoda, wystarczy, że słyszysz dźwięk spadających kropli deszczu. Udajesz, że wcale tego nie zarejestrowałeś i jak gdyby nigdy nic zjadasz porządne śniadanie i pakujesz do fury razem z chłopakami. Kierunek Molde. Baza wypadowa obu treningów. 


Miasto róż. Które nas w ogóle nie obchodzą. Tutaj jest coś o niebo lepszego, Panorama Molde. Z punktu widokowego Varden podobno widać 222 szczytów. My ich nie zobaczymy, z dwóch powodów, raz że wszystkie schowane są za chmurami, dwa, że nasze oczy są ciągle zaspane z braku kofeiny. Niby na szczycie stoi kawiarnia, ale co z tego, skoro jest zamknięta. To tutaj dość typowe. 


Tak więc stoimy sobie sami na szczycie Varden na który prowadzi 5 km sztywny podjazd. Trochę asfaltu trochę szutru, profilowane zakręty a na końcu tylko parking i zamknięta kawiarnia. Pierwsza szosa – prezent zaliczona na dzień dobry. 


Nie pozostaje nic innego jak dopić resztkę kawy z termosu, aby dopełnić kolarskiego ceremoniału, i ruszać przed siebie. Dzisiaj kręcimy nad morzem. Chcemy obskoczyć całe Atlantic Road i objechać wyspę Averoy. I zrobić 222 km, tyle ile szczytów widać z panoramy Molde. 


Nie jestem fanem długich dystansów, przyznam się szczerze, że nigdy tyle nawet nie przejechałem. Ale jakoś o tym nie myślę. Ciężko zaprzątać sobie głowę śmieciowymi myślami kiedy wokół jest tak pięknie. Po prostu cieszysz się jazdą i faktem, że już za moment czeka Cię droga uznana za najpiękniejszą na świecie. Poważna sprawa. Atlantic Road. 


Każdy z Was ją kojarzy, chociażby ze zdjęć którymi ciężko się nie zachwycić. Nitka szosy wije się między małymi wysepkami połączonymi pokręconymi mostami. To naprawdę robi wrażenie. Jest tylko jeden szczegół o którym w ogóle nie myślisz oglądając te zdjęcia. Wszystkie są zrobione z lotu ptaka albo ze wzgórza na które fotograf musiał się uprzednio wdrapać. A Ty nie jesteś ptakiem ani zwinnym fotografem. Jesteś kolarzem który nagle znalazł się na pełnym morzu i przeklina sam siebie za to, że wybrał koła z wysokim stożkiem. 


Siła sugestii jednak jest mocna, jakbyś nie cierpiał to i tak czujesz, że znalazłeś się w wyjątkowym miejscu i nie przeszkadza Ci nawet to, że kolejna kawiarnia jest zamknięta a wiatr zimny i zawsze w twarz, szczególnie doskwierający na najbardziej charakterystycznym z mostów – Storseisundbrua, który wygina się szerokim i wysokim łukiem po to żeby na szczycie z całym impetem uświadomić Ci, co oznacza określenie "cofło Cię".


Nawet po objechaniu magicznej wyspy Averoy, bez kawałka płaskiego, na której co 5 minut kompletnie zmienia się krajobraz a zamiast typowych w Skandynawii reniferów mijasz raz po raz lamy. 
Nawet jadąc w drugą stronę masz pod wiatr. 
I dobrze, jedziesz wolniej, możesz się dłużej tym nacieszyć. Druga szosa-prezent zaliczona. 


Zaraz potem posypały się kolejne, bo powrót do Molde zafundowaliśmy sobie bocznymi drogami. Nieważne czy droga prowadzi do miasteczka czy do jednego domku, zawsze jest perfekcyjny asfalt, zawsze jest jakiś fantastyczny widoczek i nigdy nie ma dużego ruchu. To taki Norweski trik, gdziekolwiek byś w tym kraju się nie znalazł, wyjedź sobie na boczną drogę, znajdziesz szosę marzeń. Proste.


Jesteśmy z powrotem w Molde. Bomba dawno już nas wybrała a czeka nas jeszcze podjazd pod Varden. Jakby było jeszcze mało złego Karol zerka na Garmina i stwierdza  'no cóż, plan 222 km się już nam dzisiaj nie uda'. Smuteczek, co zrobić, trzeba wjechać ten podjazd mordercę i wrócić na tarczy do domu, trudno się mówi. Varden który po całym dniu walki z nadmorskim wiatrem i ponad 200 km w nogach stał się jakiś taki bardziej stromy i nawet jadąc tropem węża ledwo daje się wyjechać. W myślach dziękuję losowi za kompaktowe korby. Pół dnia później, już na szczycie pytam Karola o to ile nam wyszło tych kilometrów i słyszę w odpowiedzi, 230. Uff, taką porażkę to ja rozumiem.


Molde – Dalsnibba. A właściwie kawałek za Molde. Bo Norwegowie poza stawianiem górskich dróg donikąd czy mostów na morzu lubią też drążyć tunele. Na przykład pod fiordami. Trzeba połączyć dwa brzegi? Bum! Zrobimy tunel pod morzem. Do półmetka jest fajnie, jedziesz kilka kilometrów w dół. Tyle że potem trzeba to wjechać, tunelem, powoli, bez żadnego punktu odniesienia, czekając na rozjechanie przez ciężarówkę. Katorga. Góra której szczyt zdobyty po heroicznej walce ma całe 0 metrów nad poziomem morza. To nie dla nas. Zaczniemy za tunelem. I tak będzie dzisiaj co jechać. W deszczu.


Droga faluje przyjemnie, nogi kręcą się dobrze a nastroje dopisują. Zupełnie jakbyśmy zapomnieli, że przed nami trasa tak ciężka, że normalny człowiek musiałby przegrać poważny zakład żeby się w nią wpakować. Ale póki co jest fajnie. Trochę błądzimy, skręcając do rybackiej wioski, rzecz jasna po idealnym asfalcie. Trochę ocieramy się o śmierć kiedy Wojtek zaplątuje się w pelerynkę, tuż przed tirem, w tunelu. Na szczęście tiroman jest Norwegiem a oni nie wiedzą co to złość więc oszczędzają nam Wojtka i już zaraz dojeżdżamy do kolejnego fiordu. 


To jest właśnie ten wspaniały klimat Norwegii. Fiordy i promy przez nie pływające. Są wszędzie a korzystanie z nich jest tak naturalne jak stawanie na czerwonym świetle czy zrzucanie na małą tarczę na widok sztajfy. Tak się podróżuje przez ten kraj. Dlatego też pewnie tak ciężko zrobić tutaj wyścig w tych najpiękniejszych miejscach. Ale my się nie ścigamy, my cieszymy się pierwszym coffebreakiem, nawet jeśli kawa jest zupełną lurą. O tak, kawa nie jest mocną stroną wikingów. To ewidentnie nie są Włochy. Tutaj pije się laną z termosu czarną siekierę, bez mleka, bez cukru, mocną tak, że postawiona w filiżance łyżeczka stoi na sztorc.


Z promami jest też dobre to, że kiedy wszystkie samochody już z nich wyjadą i pojadą przed siebie, to do następnego kursu szosa nagle kompletnie pustoszeje. Możesz się w pełni nacieszyć widokami. No chyba że Ty, podobnie jak Twoi koledzy, jesteś naładowany kofeiną i pełen energii, zarzucasz mimowolnie na blat oś, łapiesz za dół i dopóki droga wije się niewinnie wokół fiordu ciśniesz po zmianach w trupa. I dopiero znak drogowy na Trollstigen i powoli wyłaniające się ośnieżone szczyty każą Ci się opanować. Teraz się dopiero zacznie.


Złota Droga. Budowana przez 8 lat żeby połączyć dwie pipidówki z różnych względów dla nich istotne. W bardzo spektakularny sposób. Czyste szaleństwo. Dziękujemy Wam Norwegowie że jesteście takimi szaleńcami. 


Dzięki waszemu rozmachowi teraz my możemy nacieszyć się jedną z najpiękniejszych szos na świecie. Trollstigen. Takie ministelvio. Ale nie ma co porównywać, jest cała masa dłuższych, bardziej stromych podjazdów na świecie ale ten jest jedyny w swoim rodzaju. 18 kilometrów, 800 metrów przewyższenia i 11 serpentyn na zboczu góry po którym, jakby jeszcze było mało, płynie wielki wodospad, a dookoła srożą się spiczaste szczyty gór. 


Dzisiaj niewiele widać, czasem tylko coś się wyłoni spomiędzy deszczowych chmur. Nie szkodzi, dzięki paskudnej pogodzie mamy cały podjazd tylko dla siebie. I atmosferę jak z finałowej sceny bitewnej Władcy Pierścieni. Tak się właśnie czujesz, jakbyś brał udział w czymś naprawdę wzniosłym. A nawet jeśli dopada Cię bomba, wiesz, że na szczycie czeka Cię kawiarnia z tarasem widokowym na cały podjazd. 


Która jak się okazuje, jest zamknięta. Normalka. Na szczęście tuż obok jest sklepik z tandetnymi suwenirami, gdzie płacąc jak za zboże dostajemy typową lurę z termosu w styropianowych kubeczkach. Ale jest kilka stopni i pada. Nikt nawet się nie zająknie. Morale dogorywa, a kiedy ruszamy ze szczytu oczekując zjazdu, jak to zazwyczaj po podjeździe bywa, i zamiast niego trafiamy na stromy podjazd, morale umiera w nas już zupełnie. Z naszymi opuszczonymi głowami wyglądamy jak Chris Froome looking at stem. 


Ale tak już w życiu jest, że czasem trzeba przecierpieć swoje żeby zasłużyć na nagrodę. Naszą była magiczna droga pór roku. 30 kilometrowy zjazd na szczycie którego lało i wiało jak w środku zimy, na którym kawałek dalej złote liście zmieniły scenerie na jesienną, później zielone pola na wiosenną a na samym końcu, nad fiordem, kiedy nareszcie zza chmur wyszło słońce, wróciło lato. A w nas, tym bardziej, że zaliczyliśmy kolejną przeprawę promem, wróciło życie. Przyda nam się jeszcze. 


Robi się późno, mamy do zrobienia mniej więcej 50 km i dwa podjazdy. Bułka z masłem. 
Wcale nie, tak naprawdę to już nadszedł ten moment, że wiesz, że ten trening będzie należał tych które zapamiętujesz na dłużej. Moment od którego już nikt nie finiszuje na tablicę, nikt nie podkręca tempa wychodząc na zmianę. Kończą się rozmowy i każdy w pełni skupia się na jeździe. Uwielbiam ten moment, ucinają się błahe pogaduchy, kończy paplanina, żadne zbędne myśli nie zakłócają Ci tego co się dzieje tu i teraz. Masz to czego chciałeś uciekając na weekend. 


Wpadasz w ten trans, we flow i prędzej czy później wjeżdżasz na szczyt Eagle Road która prowadzi stromymi serpentynami do słynnego kurortu Geiranger, który tak naprawdę jest mała pipidówką gdzieś w górach. I pod pretekstem nakręcenia filmiku ze zjazdu i konieczności zamocowanie kamerek tu i tam robisz sobie dłuższą przerwę. Zapychasz się ciasteczkami i innym prowiantem który pozornie ma oddalić Cię od bomby i ruszasz. Z 620 metrów do samego Geirangerfiordu. Super asfalt, profilowane zakręty a przede wszystkim brak klocków u Karola sprawiają, że jest szybko. Ale to już ostatni raz kiedy dzisiaj tak będzie. 


Jesteśmy w Geiranger, wszystko jest już pozamykane, robi się ciemno a najgorsze jest to, że jakby nie patrzeć jesteśmy mniej więcej na poziomie morza. A ostatnia góra jest nad nim jakieś 1500 metrów. Wojtka dopada bomba ostateczna i zalicza abandon, ja z Karolem pakujemy ostatnie ciasteczka jakie nam zostały i ruszamy dokończyć ten trening życia. 


Trochę się wpakowaliśmy bo próbowaliśmy zmotywować Wojtka mówiąc, że to nic takiego, że to tylko jeden podjazd, bułka z masłem. Nie przekonaliśmy go, siebie samych też nie bardzo. Trudno, później będziemy się z tego śmiać, teraz trzeba to zrobić. We mgle, bez rozmów. 


Z początku jechało mi się zaskakująco dobrze, nawet odrobinę zerwałem Karola. Rzuciłem sobie wszystko co miałem i jechałem, bez oglądania widoków bo wszystko zakryły chmury w które coraz głębiej wjeżdżałem. Jadę jadę i myślę, kurcze to już musi być blisko. Aż nagle wyłania się wielki kamień przy drodze z napisem '600 meter over havet'. To niewiele ponad 1/3 podjazdu. Jakby uleciało ze mnie powietrze. Właśnie dlatego nie lubię liczników. Za dużo sugerują, a wszystko siedzi w głowie. A w mojej właśnie kamienna tablica zrobiła całkowite spustoszenie. 


Wyprzedza mnie Karol i zaraz ginie we mgle a mi pozostaje jeszcze 400 metrów podjazdu do.. początku królewskiego podjazdu. Dalsnibba. Sztandarowy przykład szosy-prezentu. Zbudowana ogromnym nakładem pracy wielu Norwegów i wielkiej ilości dynamitu, specjalnie dla turystów Kończy się na szczycie góry, parkingiem i małą kawiarenką, rzecz jasna zamkniętą. 


Jak chcesz tam wjechać samochodem musisz ileś tam zapłacić na bramce, jak jesteś rowerem może ją zwyczajnie ominąć bokiem. I nacieszyć się niekończącymi się serpentynami i widokiem na Geirangerfiord ze szczytu. 


No chyba, że jedziesz tam z Molde, w deszczu i zimnie i opadłeś już zupełnie z sił. Ciężko w takich momentach cieszyć się z raju serpentyn. Teraz to raczej piekło. Tropem węża posuwasz się powoli do przodu obserwując jak na poboczu pojawia się coraz więcej śniegu a przed Twoimi oczami robi się coraz ciemniej. Jest już naprawdę wysoko ale ciągle nie widać końca. 


To są chwile kiedy w głowie pojawiają się myśli żeby wyrzucić rower do rowu i znaleźć sobie jakąś bardziej humanitarną pasję, ale jeśli to nie jest Twój pierwszy raz, to dobrze wiesz, że jeśli je przezwyciężysz to będziesz miał najlepszy pod słońcem materiał do wspomnień. Wiesz, że to są tylko myśli z których już jutro będziesz się śmiał i nawet jeśli w tym momencie jest Ci ciężko to tym więcej satysfakcji sobie właśnie fundujesz. 


Wjeżdżasz na szczyt, dookoła leży śnieg i nic nie zakłóca absolutnej ciszy. Otwierasz piwo o smaku nieznanym zwykłym śmiertelnikom. Smaku z dodatkiem ogromnej ilości zadowolenia i satysfakcji, na które zasłużyłeś wypadem takim jak właśnie ten.