Strony

Ronde van Vlaanderen - Hajlajtsy


Flandria jak to Flandria, była jak zwykle mega dobrym wyścigiem. Kto nie oglądał niech żałuje. Ale pewnie wszyscy obejrzeliście, w końcu święta sprzyjają przesiadywaniu przed telewizorem czy monitorem. U mnie tak właśnie było, Od samego początku oglądałem relację z palcem na printscreenie i odpalonym obok paintem, po to żeby zmontować w końcu jakiegoś posta, w tym wypadku sprawdzone hajlajtsy. Bo podobno je lubicie. Więc je montuję. Jedziemy.


Zaczęło się jak u Hitchcocka. Od razu od mocnego uderzenia. A dokładniej uderzenia Tomasza o asfalt. Boonen miał to wygrać ale za to pojechał do szpitala. Upiekło mu się, nie musiał już jechać ponad 200 km po brukowanych sztajfach, szczęściarz.


Pozostali musieli, taka robota. Najszybciej z pracy chciał się zerwać najwyraźniej Andre Greipel który jako pierwszy zaczął skakać i nadawać mocniejsze tempo, wszystko po to żeby jak najszybciej mieć to wszystko za sobą. 


Żeby nie było mu smutno dla towarzystwa doskoczył do niego Michał Kwiatkowski.


I jeszcze kilku gości. I zrobił się konkret odjazd.


Kwiato: "no dawajcie chłopaki bo mi tętno spada"


Odjazd odjeżdżał.. Ktoś tam się wysypywał raz na jakiś czas..


Ian Stannard ryzykując strzałem z grupy dopieszczał stylówę..
 

A w odjeździe Kwiato jechał sobie znudzony jak na Coffeeride do Morairy jednocześnie zaciągając przy tym kolegom z ucieczki.


Kwiato: "Andre, jak masz tak dalej zwalniać po zmianach to się lepiej przepisz do młodzika"


Oczywiście jak na Flandrię przystało, były brukowane sztajfy.
Tak tak, oni podchodzą z buta.


Był też króliczek wielkanocny.


Tymczasem do mety było coraz bliżej, ucieczka się rozwalała, mieszała, a Michał ciągle sobie kręcił te swoje 500W z zamkniętymi ustami i w górnym chwycie na czele wyścigu.


Było ewidentnie widać, że się nudził.


Raz po raz dojeżdżali jacyś lokalni herosi ale zawsze brakowało im do Michała i ciągle strzelali to tu, to tam.


Więc żeby nie było mu już tak kompletnie nudno, zaczęli go gonić jego kumple z ekipy, zawsze to jakiś kopniak adrenaliny jak się wkurzysz na kolegów. To ma sens.


Super pomysł tak średnio wypalił bo przewaga odjazdu strasznie zmalazła, i kiedy Fabu z Peterem zaatakowali..


..dwoma ruchami korby nadgonili pół minuty starty i naszli Kwiatka..


..który nawet jeszcze próbował się z nimi zabrać (uwaga, to był ewidentnie najlepszy moment całego wyścigu, wyobraź to sobie tylko, Fabian, Sagan i Kwiato, wow)


 Nie udało się, nikomu by się to nie udało po 100 km odjazdu. Trudno.
Z przodu zostało tylko dwóch napieratorów. Fabian i Peter. A że Fabian ostatnimi czasy wkurzał się na Sagana za różne bzdety, to zerwał go żeby nie patrzeć na jego pucułowatą twarz która z pewnością wyprowadzałby go z równowagi.


I na wszelki wypadek żeby go nie naszedł leciał sobie te swoje 1000W..


..momentami z 1500W. 
Po prostu nie chciał żeby ten dzieciak go naszedł i przyszpanował jakimś wheelie którego on sam nie potrafi zrobić. To pewnie to go bolało właśnie.


Fabian nie wiedział tylko, że Piotrek tak naprawdę wolał drugie miejsce i specjalnie go nie gonił.


No to Fabu sobie wygrał.


A Sagan zrobił zgodnie z planem drugie miejsce i nie ukrywał radości. Bo dzięki temu mógł zrobić TO.


Fabian: "Peter, nauczysz mnie kiedyś jak się robi wheelie?"


A to dowód na to, że Fabian się jednak zmęczył, też tak miewam na bombie.

Złota rada na trenowanie we Włoszech zimą 2013

załóż na siebie wszystko co masz, znajdź podjazd i jedź aż do granicy śniegu, w schronisku na szczycie ukradnij kilka gazet, włóż je pod koszulkę w nadziei, że uchroni Cię to od zamarznięcia na zjeździe, zamarznij na zjeździe, całą drogę powrotną do domu ciśnij wszystko w trupa żeby się rozgrzać. Powtórz kolejnego dnia.


Życie

Bardzo chciałem znowu ruszyć mocno z pisaniem ale niestety siła wyższa nie pozwala..


Calpe diem!


W końcu wróciłem do domu. Nie było mnie strasznie długo. Coś koło 5 tygodni. Planowo miałem być w Calpe tylko 2 tygodnie, ale dzień przed wylotem plany się pozmieniały za sprawą jednej rozkminy. Otóż zatrzymałem się na tym ostatnim treningu na sikanie (takie momenty sprzyjają głębszym refleksjom) i mając przed sobą jakiś super widoczek, jak np. ten...


... pomyślałem :
Kurcze, po co niby miałbym wracać? Nie czeka na mnie rodzina, żona czy dziewczyna albo co gorsza dzieci, nawet pies już mnie pewnie nie pamięta. Do pracy też nie muszę wracać bo pracuję z własnego laptopa. Internety w hotelu mam. W sumie to nie mam w kraju żadnych zobowiązań.
Za parę lat pewnie wyląduję w jakiejś nudnej pracy, tyrając po osiem godzin dziennie, robiąc bezsensowną karierę żeby zarabiać coraz więcej kasy i wydawać ją na różne niepotrzebne rzeczy i łudząc się, że w końcu dotrę do jakiegoś tam wyimaginowanego szczęścia. Teraz tak nie mam, klawe życie.
Nie mówię, że kasa nie jest ważna, ale są ważniejsze rzeczy na tym świecie. Dlatego podczas tego jakże długiego sikania uznałem też, że po co mi jakiekolwiek oszczędności, bez sensu, przecież za kilka minut mogę się zabić na zjeździe, czemu nie, sami widzieliście jaki mam do tego talent.
Więc póki nie tyram w pogoni za kasą i jakiś tam pseudoszczęściem moge sobie pozwolić na więcej. Bo mam szczęście na wyciągnięcie ręki. Wyciągnięcie ręki do organizatora Artura Miazgi z trainwithwatts.com którego zapytałem czy mogę sobie jeszcze tutaj posiedzieć dłużej. I mogłem. Więc zostałem.


Znowu mi wyszedł jakiś pseudofilozoficzny post. I dobrze, nie tylko Stylówą Szymonbike żyje. Więc weźcie sobie do serca tę lekcję, nie ma co odkładać życia na później. Póki macie możliwości, trzeba korzystać. Calpe diem!

Milan - Sanremo

Dzisiaj odbyły się wiosenne mistrzostwa świata. w mocno hardkorowych warunkach..


..z racji których część wyścigu została zneutralizowana. Przerwa w ściganiu napawała do głębszych rozkmin:


Był sobie trening

Byłem sobie na treningu z Grześkiem Golonką i Michałem Bogdziewiczem.


Najpierw na podjeździe zerwał mnie Michał..


..więc ja zerwałem go na zjeździe.

Złota Rada dla kierowców

Nigdy nie trąb na kolarzy bo skończysz jak kierowca tej betki