Strony

Dzień z życia blogera

Żeby jeździć to trzeba jeździć. A żeby blogować to trzeba blogować. Wtedy możesz się nazywać blogerem. Jak napiszesz 2 teksty na miesiąc to już to będzie trochę naciągane. A ja tak właśnie robiłem przez zeszłe 2 miesiące. Z dnia na dzień obiecywałem sobie, że następnego dnia coś wypocę. Ale się nie dało. Bo na zgrupce życie mija inaczej. Jak nie wierzycie w moje tłumaczenia to sami zobaczcie.


9.00-10.00 : Co więksi spalacze wstawali o jakiejś 7.30 żeby pójść na rozruch żeby się rozbudzić/pospalać/zbić piątkę z Mają Włoszczowską. Ja nie chodziłem, bo nawet jeśli chciałem zbić piątkę z Majką to akurat wtedy jeszcze byłem półkaleką po szlifie dnia drugiego. Więc wstawałem sobie o 9, rozsuwałem zasłony żeby sobie popatrzeć na to wszystko co nie dla kolarza, czyli słońce i plaża. Potem jadłem PROowsiankę z ananasami, pomarańczami i innymi miejscowymi specjałami. Zawsze. Popitą Don Simonem. Najlepszym sokiem na świecie, polecam, Pan Szymon.


10.00 - 11.20 : Kiedy wszyscy po śniadaniu mogli się zdrzemnąć/pospalać/poobijać ja miałem godzinę na wykonanie zawsze kilku misji. Bo tak Wam zdradzę w tajemnicy, że to wszystko fajnie wygląda, że sobie jestem blogerem i spędzam zimę w ciepłych krajach zgodnie z zasadami Euro. To jest klawe życie, nie da się ukryć, ale jest możliwe dzięki temu, że ja sobie pracuję z komputera. Na przykład prowadzę różne fanpejdże na fejsiku, albo piszę jakieś teksty tu i tam. Więc robiłem sobie kawkę i zasiadałem przed monitorem żeby nagle spojrzeć na zegarek i krzyknąć "o kurde!" bo było już po 11, czyli godzinie zbiórki a ja jeszcze nie zacząłem się ogarniać. A że jestem szymonbajkiem to ubieranie na rower zajmuje mi masę czasu, tym bardziej, że optyk-okular podrzucił całą górę oksów i zawsze miałem zabawę z wymienianiem oprawek i szkieł. Wychodziłem więc zawsze spóźniony i ostatni. Czasem musiałem przez to gonić grupę, czasem nie wiedziałem gdzie pojechała więc goniłem ją w trupa przez 8 godzin nie wiedząc, że wszyscy pojechali w odwrotnym kierunku.


11.20 - popołudnie : Trening, wiadomo. W moim przypadku to za dużo powiedziane bo ja nawet nie mam licznika. Lepsze określenie to wyjście na rower. Więc wychodziłem sobie pokręcić i z dnia na dzień coraz mniej rzeczy robiło na mnie wrażenie. Bo się przyzwyczajałem do: super pogody, super szos, mistrzowych podjazdów, szybkich zjazdów, napotykanych prosów, treningów z nimi a nawet zbijania piątki. To z czasem stawało się standardem klawego życia. Nie będę pisał jak trenowałem bo to zalatuje tymi wszystkimi nudziarskimi blogami zawodników którzy piszą, że "wykonali plan treningowy w stu procentach". To jest straszna sztampa a ja jej nie uznaje. Jeździłem sobie for fun bo jakoś nie łapię idei spalary wśród amatorów.


popołudnie - ok. 17 : Żeby nie czekać w kolejce na prysznic i dlatego, że tak było po prostu przyjemniej, po treningu chodziliśmy sobie na jacuzzi. Bo było, więc co mieliśmy nie chodzić. Ciepły basen, potem hyc do otwartego z zimną wodą i z powrotem. Regeneracja jak 150, lekka spalara, wiem. Potem obfity obiad zawsze gotowy po treningu, wielki big up dla trainwithwatts za te obiady bo nie ma nic gorszego niż wrócić zbombionym i zapychać się byle czym bo obiad będzie za parę godzin albo w ogóle bo nie masz już siły go sobie zrobić.


ok. 19 - do końca dnia : Teraz czas na najmniej zajmujący moment dnia. Bo nie ma nic głupszego niż jechać sobie w jakieś piękne miejsce typu Calpe i przesiadywać w hotelu przed monitorem komputera. Totalny bezsens. Ja właśnie tak robiłem. Po pierwsze dlatego, że musiałem znowu uzupełniać te fan pejdże, jak był jakiś wyścig to tym bardziej miałem z tym dużo pracy żeby odnaleźć zdjęcia, filmy, wyniki i takie tam rzeczy które się wrzuca na fan page kolarza. Po drugie, miałem GoPro. I zawsze wracałem z górą materiału. I kończyło mi się miejsce na dysku. Więc musiałem wszystko na bieżąco ogarniać żeby móc następnego dnia znowu coś nagrać. Cały wieczór w plecy. Siedzisz i klikasz delete ale cały czas jesteś czujny jak ważka bo co jakieś 50 zdjęcie z tajmlapsowego zapisu treningu może się trafić wyjątkowo fajne i warto by było je sobie zostawić. Albo robisz film czy coś. I jeszcze masz laptopa starszego niż Rebellin i wszystko to trwa 3 razy dłużej niż powinno. I tak sobie czasami nawet siedziałem do 1 w nocy ogarniając foty jak ta:


Czasami urywało nam internet i wtedy mogłem wrócić do świata żywych, poznać ludzi, nawiązać znajomości, skoczyć na masaż, bo był dla każdego, czy przejść się tu i tam. Wiadomo. Ale to ogarnianie materiału to była zmora wyjazdu i całą winę na brak postów zwalam na GoPro :)