Strony

Hajlajtsy - La Fleche Wallonne


Drugi akt Tryptyku Ardeńskiego. Równo tydzień temu. Mogliście zapomnieć. To Wam przypomnę. Zapraszam na printskrinowe hajlajtsy z Walońskiej Strzały!


Standardowy początek. Zawsze jak tylko włączę relację któryś z faworytów ma defekt. Zawsze. Tym razem padło na Alberto Konduktora. Kiedyś wyczekam na ostatni kilometr jakiegoś wyścigu żeby oglądać dramat i rzucanie rowerem tego na kogo padnie fatum defektu po odpaleniu relacji.


Problemy miał też pewien Kolumbijczyk. Najwyraźniej dopiero co dostał pierwszy rower w życiu i nie bardzo wiedział jak się za niego zabrać.


Kolumbijczyk rozkminiał sobie na czym polega rower a peleton nie czekał. Peleton EuroPRO kolarzy którzy za nic mają sobie trzepacki pragmatyzm, kolarzy którzy ogarniają stylówę i noszą białe lacze. Miły widok.


Kiedy koleżce udało się już postawić rower na dwóch kołach i wpiąć jedną nogę w peletonie zaczęły się ataki. A niech to! Tu nawet kolumbijski hematokryt 60+ nie pomoże.


Najskuteczniejszy skoken oddał Laurens Tan Dam. Tłumy kibiców szaleją.


Skoczyli i odjechali. Co mieli nie odjechać. Tan Dam i ktoś z Ażeduzer, nie pamiętam. Nie ważne, i tak prędzej czy później odbiją mu korby.


Tymczasem nieporadne nóżki Tomasa Dekkera próbowały pomóc Danowi Martinowi który się zagapił i połamał przednie koło bo grał sobie w tetrisa na nowym prototypie garmina z opcją tysiąca gier.


To nie był dobry moment na awarię. Bo tuż za rogiem był Mur de Huy. Czyli zmora poprawnych politycznie komentatorów eurosportu. Mur de Uj. Mur de Iii. Sztajfa Fiut.


Na szczyt sztajfy fiut jako pierwszy wspiął się jakiś Niemiec, też nie pamiętam kto to był. Korby mu odbiły, co do tego nie ma wątpliwości.


Jak tylko trudności się skończyły i grupa rozjechała to wszystkie mastersy masterskim sposobem oddawały masterskie skoki które oczywiście w ogóle nie wypalały nic a nic.


Przynajmniej tyle to dało, że się grupa naciągnęła. I strata Kolumbijczyka znowu wzrosła.


Dan Martin przyłapany na waflowaniu się po klapach. Chłopak się zawstydził i skulił jak mógł żeby tylko go nie było widać. Sorry Dan, ja to widziałem. Podpadłeś.


Tymczasem z przodu nadal cisnął Laurend Tan Dam. Ten Dam. Czy jakoś tak. Cisnął tak długo bo bardzo chciał się pochwalić w telewizji, że czyta szymonbajka i ma Jawbony Szymonbike Edition.


Ale jego los niestety był przesądzony. Za plecami tempo nakręcane przez masterskie skoneny Łagutinów wskazywało na tylko jedno, Twoje szpanowanie oksami już niedługo dobiegnie końca. Za dużo stylówy, za mało pod nogą. Jak to mówią.


Tempo na tyle mocne, że Andy Czerwona Latarnia Schleck mógł rozpocząć wypełniać swoją rolę.


Jak strzelać to z klasą. Zamknięte usta i luzacki look przed kamerą zachowany. Pierwsza zasada OREC Euro zachowana.


5 km do mety. Koniec żartów. Kiedy dwa Michały pokazują się na czele to wiedz, że coś się dzieje. Na przykład peleton przekracza dozwoloną prędkość.


Goły zrobił wyciągarę i momentalnie wiszący z tyłu Andy znalazł się w towarówie jadącej z godziną straty. Spotkał tam exkoksa Kolobneva i najwyraźniej o coś tam go wypytywał. Oho, coś tu śmierdzi.


Kiedy Andy i Alex dobijali targu co do ruskiego epo czołówka wpadła już na Sztajfę Fiut. Szybko! Znajdź Kwiato!


Końcówka wyglądała tak: Zaatakował jakiś Kolumbijczyk z hematokrytem 60+. Betancur dokładniej.


Ale nikt za nim nie pogonił bo akurat na czele peletonu jechał Gilbert i opowiadał dobry żart który każdy chciał wysłuchać do końca.


Kwiato chyba najbardziej rozbawił bo ze śmiechu spłynął trochę do tyłu.


Tymczasem Filip starym sposobem tuż po finale dowcipu, wykorzystując salwę śmiechu rywali, zaatakował.


A Kwiato opanował śmiechawkę i złapał koło jakiegoś pewniaka którym akurat był Rodriguez i pojechał gonić żartłomieja Filipa.


I wyszło na to, że co prawda nie zdążył podgonić na tyle żeby wygrać ale Gilberta który dostał zadychy od opowiadania ogolił, ogolił też Rodrigueza i ostatecznie dojechał piąty. A wygrał Daniel Moreno który najwyraźniej ma kiepskie poczucie humoru.