Strony

Rozwiązanie konkursu..

..jest takie:


Kongratulancje dla zwycięzcy, podziękowania dla wszystkich biorących udział.
Plus kilka rad na przyszłość, na wypadek kolejnego konkursu na mema.
W memach działają tylko krótkie hasła, długich zdań w internetach nikt nie łyka. Zresztą jak to wrzucić na zdjęcie.
Powtarzając kolejny sprawdzony viralowy tekst z kategorii "ale urwał" wcale nie jesteś zabawny. Nic a nic. Każdy głupi potrafi coś skopiować, prawdziwą wartość ma to, co sam wymyślisz.
Tutaj był post o niczym, już go nie ma bo był tylko testem który potwierdził smutne przypuszczenia. Życie. Zostaje tylko fotostory z kolejnego Czwartku Kolarskiego. Zawsze coś.


Jak przyjemnie spędzić niedzielę odcinek 179

Kolejny tutorial dla każdego kto odkłada życie na później i zamiast porobić to co lubi to np. zostaje w domu bo dorwał dobrą fuchę za dobry hajs który z pewnością przeznaczyłby na to co lubi robić ale nie będzie tego robił bo trafi mu się kolejna świetna fucha za jeszcze lepszy hajs który przyda mu się do spełniania pasji na którą nie ma jednak czasu bo.....  hehe. To właśnie dla Was ten post.


1. Pojedź sobie na lokalnego ogórka. I się nie spalaj bo to zabija całą przyjemność. Albo przynajmniej sporą jej część. Zamiast się nadymać i kontrolować waty możesz na przykład wpakować sobie do kieszonki kamerkę i cykać foty po starcie ostrym. Zawsze będziesz mieć z głowy szukanie galerii dzień po wyścigu bo będziesz miał je o wiele lepsze bo z samego środka.


2. Jak się zacznie prawdziwe ściganie to spróbuj odjechać. Zawsze będziesz wolny od pretensji do samego siebie i będziesz mógł się powściekać (bo wiadomo, że każdy Polak to uwielbia) na tych wszystkich którzy Cię bezlitośnie spawali, bo nie lubią tego o czym piszesz na swoim blogu. Albo dlatego, że dostali taki team order od swojego Directeur Sportif. Baw się ściganiem.


4. Po serii poprawek na hopkach zrób skokena życia tylko po żeby zrobić sobie selfie z zarzyganymi minami kolesi za Tobą. Stopień zarzygania jest dobrym wyznacznikiem Twojej obecnej nogi. Jak widać ja już szczyt formy mam za sobą.


5. Wyluzuj się. Pośmiej się z kumplem z byle czego. Zagadaj jakiegoś spalacza na rancie. Po prostu miej zabawę z całego ścigania a nie tylko z mety. Żal mi jest tych wszystkich gości, którym radość sprawia jedynie zrobienie dobrego wyniku. Bo mają przyjemność tylko na kresce, przez chwilę. A najczęściej nie mają jej w ogóle bo nie udaje im się wygrać, bo taka już jest szosa i snują się potem z minami jakby lekarz im powiedział, że mają raka i są do uśpienia. Można inaczej, serio.


6. Zamiast zwijać się szybko po wyścigu żeby wrócić do domu, do swoich nudnych obowiązków to sobie przegadaj z kumplami cały wyścig i porównaj wersje każdego z osobna, bo zawsze każdy ma jakąś inna co jest bardzo śmieszną i ciekawą sprawą. Jakby każdy jechał inny wyścig.


7. Zjedz ze swoją ekipą w maku. Bo to nieodłączny element tworzący atmosferę udanego wypadu na wyścig. Nie spalaj. Masz w klubie spalaczy którzy maka omijają łukiem niczym Di Luca kontrolę antydopingową? Zmień klub.

Stylówa - bluza a sprawa bycia PRO

Miałem o tym napisać jakiś czas temu. Ale zrobiła się cudowna pogoda i nie miałem ku temu podstaw. Na szczęście dla tego posta, znowu się zepsuła. Więc mogę pisać.

fot. gruberimages
To jest jak z klaskaniem po lądowaniu samolotu. Albo jak z wkładaniem polówki w ortalionowy dres. Albo z zakładaniem stópek na rower. Kiedy jesteś wieśniakiem, dresiarzem albo trzepakiem to wydaje Ci się, że to jest okej, że wszystko gra jak należy. Ale tak nie jest, wręcz odwrotnie.
Tak też jest ze Stylówą. Przez niewiedzę albo niedopatrzenie możesz raz dwa zdradzić się ze swoim trzepactwem i już raz a dobrze zostać wpakowany do szufladki laików przez bardziej ogarniętych kolegów z rantu. 

Przykładem takiej wtopy jest noszenie bluzy na wyścigu. Tak nie inaczej. Żaden pros nie ściga się w bluzie. Jeśli chcesz być PRO to też nie popełniaj tego błędu.
Bo bluza, moi drodzy, bluza z długim rękawem jest na trening. I tylko na trening. Kropka.
Kiedy jest zimno każdy szanujący się EuroPRO kolarz zakłada rękawki i ew. kamizelkę. W trakcie 250 kilometrowego etapu może sobie co prawda założyć bluzę na jakiś czas ale zapewniam Was, na końcówkę na bank się jej pozbędzie. Jeśli masz ten fart, że na wyścigach jeździ za Tobą wóz techniczny do którego możesz ją oddać, albo jesteś tak szalenie bogaty, że będziesz ją wyrzucać w krzaki to proszę bardzo, noś sobie, ale tylko w początkowej, czilałtowej fazie wyścigu.
Ale nie oszukujmy się, tak się nie dzieje. Kończysz wyścig w tym w czym wystartowałeś. Więc nie startuj w bluzie. No chyba, że chcesz trafić do szufladki trzepaków.

fot. francescob82
Jest jeszcze jeden wielce EuroPRO trik którym wszystkim wokół dasz do zrozumienia, że jesteś gość, czyli ucinanie rękawów w bluzie. Tak jak to robił np. Kwiato na Tirreno. Powiem Wam szczerze, że jeszcze nie wiem o co w tym chodzi (nieźle co?), ale jak tylko się dowiem to z pewnością o tym napiszę. Stay tuned.

Danilo di Epo

Kristof Ramon

Jak Niemiec nie wygrał etapu

fot. gruberimages
Pewnie pamiętacie wczorajszy etap. Przemek Niemiec swoją jazdą zapewnił każdemu z nas taką dawkę emocji, że po takich skokach tętna można było już sobie odpuścić popołudniowy trening. Sam pokonałem w sobie niechęć do Meridy i kiedy tylko zaczął się finisz aż się wydarłem do monitora. Tak było wczoraj.

Ale dzisiaj to już co innego. Miałem sobie iść na ośmiogodzinny trening z pewnym mostostalowcem który chciał skorzystać z magii treningów z szymonbajkiem ale że pogoda była nietęga rozsiedliśmy się przed telewizorem. I czekając na relację live obejrzeliśmy powtórkę z wczoraj. 
I się złapaliśmy za głowę jak to Przemek koncertowo spieprzył ten finisz. 
Nie pamiętasz jak? Oto skrót.


6 km do mety. Z przodu odjeżdża Gesink z Kangertem a Niemiec łapie koło Benata Intxaustiego i dojeżdża do tej pierwszej dwójki po kole. Elegancko.


Banatowi noga podaje jak marzenie więc od razu jeszcze poprawia a Przemek z zimną krwią pozwala spawać innym łosiom którzy zrobią robotę za niego. Bardzo dobrze.


Cztery do mety. Niemiec odpuszcza zmiany i z czystym sumieniem wafluje się po kołach bo co jak co ale jego lider został z tyłu. I dobrze robi.


Przemek ma nerwy ze stali i wciąż korzysta sobie z pracy innych naiwniaczków którzy podkładają się jak młodzicy. Git.


1,8 km do kreski. Robert Gesink psuje rower i strzela z hukiem. Z przodu zostało trzech. Czyli jak to się mówi, pudło pojechało. Wyśmienita sytuacja.


1400 metrów. Przemysław Niemiec niczym Fabian Cancellara czy inny Tom Boonen na brukowanym odcinku zostawia w tyle swoich kolegów niedoli którzy wyprztykali się spawaniem przez ostatnie kilka kilometrów. Genialnie.


Ostatni zakręt. Niemiec ewidentnie jest już dojrzałym zawodnikiem i widać, że nie wszedł w niego na kamikaze niczym młody psychopata bez wyobraźni. Szkoda.


Benat z Tanelem za to weszli jak szaleńcy i raz dwa go naszli. Lipa.


Ale Przemek się nie zraził jakoś specjalnie i wypuścił obu młokosów do przodu. Mądrze.


 Ajajaj. Prawie liznął koło Tanelowi. Byłaby wtopa. Ale nie było. I super.


Przemek nagle zmienia zdanie i ze sprawdzonego, ostatniego miejsca przesuwa się do przodu. Why Przemek?!


Pyk rybka pyk oni już Ci nie wyjdą, przykro mi. Nie jest dobrze.


450/400 metrów do kreski. Blat oś, dolny chwyt i zarzygana twarz. Czyli sprint rozpoczęty. To jeszcze całkiem daleko jak dla górala. To było całkiem lekkomyślne zagranie, że tak powiem.


O, i to jest ten moment kiedy wszystkim z nas skoczyło tętno do ponad 200 i jak jeden brat podnieśliśmy się z tego na czym siedzieliśmy. Pewnie dlatego, że nie było widać, że do mety jeszcze ponad 300 metrów a spryciule z odjazdu nawet nie podnieśli tyłków żeby utrzymać koło wspaniale sprintującego Przemysława Niemca.


Jakieś 200 metrów do mety. Przemek się obejrzał za siebie i nagle zdał sprawę ze swojego błędu. I puścił korby. To nie było zagranie w stylu rasowego sprinterro. Sprint na dwa razy to raczej styl na młodzika. Nie tędy droga.


Przemysław rozprowadził chłopaków jak marzenie więc grzecznie mu podziękowali żeby zaraz rozpocząć już swój właściwy sprint aż do samej kreski. 


I tak etap wygrał Benat Intxausti przed Tanelem Kangertem a moment za nimi na, co jak co, wspaniałej trzeciej pozycji dojechał Przemysław Niemiec. Czemu ten moment z tyłu?


Bo jakby wygrał to musiałby podnieść ręce w geście triumfu i nie mógłby zastopować watomierza. To się nazywa profesjonalizm!

GoPro dla nieogarów


Jakiś czas temu pojawiła się w internetach nadzwyczajnie obiecująca informacja. Otóż zawodowa grupa Wibatech pochwaliła się, że dostała od Freeway, czyli polskiego dystrybutora GoPro, dwie kamerki którymi ma zamiar porobić nagrywki na zbliżających się wyścigach. A że w Wibatechu jeżdżą nie lada zawodnicy jak na przykład Paweł Franczak który robi wszystkich na finiszach jak chce, można było zacierać ręce na wyjątkowo zacny materiał.
Cała historia ma tylko jeden szkopuł. Materiał nie powstał.
Ale ja, jako komputerowy trzepak, mogę to zrozumieć. Nie każdy jest wymiataczem który zmontuje efektowny film ot tak sobie. Tym bardziej kiedy zobaczy, że po wyścigu ma z 50GB materiału w fullHD co na możliwości jego komputera jest sztajfą nie do podjechania i jakakolwiek próba zabawy montażem skończy się pożarem. A wrzucenie takiego gołego filmu mija się z celem bo nikt nie ma serca żeby kazać komuś ślęczeć przed monitorem ileśtam godzin, tym bardziej, że tak cierpliwe osoby zwyczajnie nie istnieją.

Ale skoro mamy to GoPro, bo coraz więcej osób je ma, to może warto by było zrobić z niego użytek. Dlatego zapraszam na Szybki Poradnik Dla Nieogarów Którzy Maja GoPro.
Pierwsze pytanie? Czy dasz radę zmontować ładnie film? Jak tak to super, nie musisz dalej czytać.
A jeśli nie umiesz, albo możliwości Twojego komputera po prostu Ci na to nie pozwalają tak jak to się ma w moim przypadku to nic się nie łam. Tylko przestaw funkcję z kamery na timelapse. Na 0,5 sekundy.
Przejedziesz wyścig i będziesz mógł na przykład zrobić w bardzo prosty sposób filmik jak np. TEN używając najprostszego darmowego programu jakim jest Picasa. To pierwszy sposób który ogarniesz bez mrugnięcia okiem. To pierwsza opcja.
Druga, równie, albo nawet bardziej efektowna to wybranie odpowiednich zdjęć z tych kilku tysięcy które zapchały Ci całą kartę i zrobienie z nimi czegoś żeby były jeszcze bardziej efektowne i zebrały żniwa lajków po wrzuceniu na Twoją tablicę (bo tylko o to w końcu w tym wszystkim chodzi prawda?). Wybierasz kilka, przerzucasz na telefon a potem do Instagrama. Właśnie tak. Powiesz, że to dla hipsterów. Ja Ci odpowiem, że jak się ograniczasz przez to co inni sobie pomyślą to masz problem. Jak masz swój rozum to możesz docenić to, że ktoś stworzył prosty program który z takich sobie zdjęć potrafi zrobić wyjątkowo ciekawe. Tak jak np. Alex Dowsett. Więc tam wrzucasz te zdjęcia z GoPro, kadrujesz, wybierasz filtr, co tam jeszcze masz. Ew. możesz je potem też posklejać apką PhotoGrid i jeśli nie jesteś jakimś estetycznym trzepakiem to zapewne wyjdzie Ci coś naprawdę fajnego.
Mi na przykład z ostatniej kryterki na Służewcu powychodziło coś takiego:

cześć
Trzepak Wyścigu
godny rywal
coś tu nie gra
ogień
atak atak!
stickerbomby jak na starej betce
no risk no fun
szelki
kiedy pros strzela gargamela żeby cię zespawać, to wiedz, że masz nogę
perfect leadout
Pan Wiesław

I jak? Spoko? Zawsze to chyba lepsze niż goły, nudny film albo w ogóle nic. Wystarczy trochę postarania.

Hajlajtsy - Liege-Bastogne-Liege


Lepiej późno niż wcale. Powtórka z ostatniej batalii w Ardenach która faworyzuje krzaczących cwaniaków bo zaczyna i kończy w tej samej mieścinie. Wyścig który miał wygrać Michał Kwiatkowski ale okazał się uczciwym człowiekiem i nie przeczekał połowy wyścigu schowany w rowie pod Liege. W sumie nikt tak nie zrobił ale zawsze zawsze można sobie tak tłumaczyć dla świętego spokoju. 
Zapraszam na hajlajtsy z Liege-Bastogne-Liege. 


Początek standardowy. Ja włączam eurosport, ktoś ma defekt. Fatum odpalenia relacji działa w najlepsze.


Tym razem padło na Barta de Clercqa. Jechał sobie spokojnie w odjeździe ale miał pecha bo szymonbike zaczął oglądać.


Stestowałem fatum. Wcisnąłem F5. Znowu coś.
 

F5. I znowu.


I jeszcze raz. Zły ze mnie człowiek. 


Dałem Bartowi spokój i znowu zrobiło się wystarczająco nudno żeby po raz kolejny każdy fan kolarstwa mógł rozszerzyć swoją wiedzę na temat przydrożnych zameczków. 


Albo pośmiał się ze zdesperowanego gościa który walnął tempówkę życia tylko po to żeby zaraz się zatrzymać na siku.


Ale wystarczyło chwilę poczekać i zaczęło się to co najlepsze. Sztajfy. 


Tak strasznie strome, że kiedy ten typ z movistaru tylko stanął w pedałach to poleciał na plecy.


Na przykład ta najbardziej znana czyli La Redoute. Gdzie na czele tyrało Sky i zaatakował gość ze Sky. Sprytnie.


Ktoś tam jeszcze za nim pognał i się zrobił odjazd. Co miał się nie zrobić.


A w grupie rozprężenie bo Phil znowu miał jakiś bezbłędny kawał do opowiedzenia.


I kiedy na czele uformowała się bardzo mocna ucieczka nudziarzy nieznających się na żartach i naprawdę zacząłem się ekscytować rywalizacją..


..to na ekranie pokazali mi się Jose i Filippo którzy mimo trzepackiej Stylówy szeroko się do mnie uśmiechali jakby chcieli powiedzieć "Merida jest spoko, serio Szymon"


Otrząsnąłem się z koszmaru, postawiłem na widoku EuroPROrower i znowu mogłem oglądać. Ucieczka uciekała a peleton za sprawą drużyny śmieszka Phila spawała.


A Pippo po raz kolejny mnie zamęczał. Ale jego widok idącego w trupa, po to żeby rozkręcić blat oś jadąc z góry jakoś mnie nie przekonywał.


Kiedy beemce skasowały odjazd zaczęły się masterskie szachy. I prawdziwy wyścig.


Największym mastersem okazał się Alberto który jak tylko grupa się rozjechała walnął skokena. Ale tym razem nie wstrzelił się w odpowiednią krowę w knajpie i nie pociągnął za daleko.



Tymczasem w ósmej towarówie zatrzepał się Filip który musiał przegapić jak cała czołówka mu odjeżdża w momencie jak zjeżdża do wozu technicznego po nową porcję kawałów. Z tym panem już się żegnamy.


Bo co ważne dzieje się z przodu. Czyli skoken za skokenem. Poprawka za poprawką. Uczta dla widzów i piekło dla zawodników. Wszystkich oprócz jednego.


Czyli Rajdera który zostawił wszystkich w tyle i zagapiony w swojego garmina leciał jak na skrzydłach nie schodząc z watami poniżej czterocyfrowej sumy. Jakby to był film z tym autobusem który nie może zwolnić bo wybuchnie. Ot, taki motywator.


I nic sobie nie robił z tego, że grupa goni go na tyle mocno, że nawet kolega obok kolegi już nie może jechać i dwóch zdań wymienić.


Poczuł się tak pewnie, że nawet miał chwilę żeby potestować różne pozycje areo. 
Na przykład pozycję na "pacze na lacze"


Albo "podrapię się tu i tam ramą". Pełen luz.


Kiedy Ryder się zabawiał swoim Cervelkiem z tyłu grupy czerwoną latarnię zaczął rozpalać Andy.


A Dani Moreno z pełną nonszalancją zatrzymał się żeby skasować luzy na sterach bo coś mu stukało. To nie było wyjątkowo sprytne zagranie na 6km do mety.


Tymczasem Ryder zaczął dymić. Nawet szkotopunk w kilcie nie pomagał.


Niespecjalnie też pewnie pomagało mu to, że z pogoni skakał sobie Dan Martin. Śliski ziomek.


I tak jakoś wyszło, że na 1,5 km do mety Ryder został skasowany ale ciągle wyobrażając sobie, że jest tym autobusem z filmu, szedł w trupa żeby tylko waty nie spadły poniżej tysiaka.


Ostatni podjazd.  I od samego dołu leci Purito.


I leci.


I leci.


 Wszystko


I jeszcze poprawia sam sobie.


I mimo skokena ostatecznego po którym z wygenerowanych watów mógłby oświetlić małe miasteczko nagle na koło siada mu ni z gruchy ni z pietruchy Dan Martin. Coś za łatwo mu to poszło, pewnie krzaczył.


Potem do koła dołącza jeszcze Panda. Ona to już na bank krzaczyła. 


I teraz czas na odpowiedź na pytanie jak wyścig został wygrany. Otóż jak wiadomo wszyscy się ścigają z totalnie beznadziejnych pobudek ego, po to żeby innym udowadniać, że są od nich lepsi i potem mogli z nich śmiać prosto w twarz. Na Liege sprawa się skomplikowała. Bo na trasie pojawiła się Panda. I każdy fafarafi dobrze wie, że jeśli chce pokazać, że jest kozak to w takiej sytuacji nie może się pierwszy wystraszyć i uciec. I w tej rozgrywce Purito okazał się lepszy i puścił tchórza Daniela do przodu. 


To Dan sobie to wygrał. Tchórz jeden.


-ej stary widziałeś tą pandę? bałem się, że mnie zje!
-no nie gadaj, ja myślałem, że jestem autobusem!