Strony

Hajlajtsy - Liege-Bastogne-Liege


Lepiej późno niż wcale. Powtórka z ostatniej batalii w Ardenach która faworyzuje krzaczących cwaniaków bo zaczyna i kończy w tej samej mieścinie. Wyścig który miał wygrać Michał Kwiatkowski ale okazał się uczciwym człowiekiem i nie przeczekał połowy wyścigu schowany w rowie pod Liege. W sumie nikt tak nie zrobił ale zawsze zawsze można sobie tak tłumaczyć dla świętego spokoju. 
Zapraszam na hajlajtsy z Liege-Bastogne-Liege. 


Początek standardowy. Ja włączam eurosport, ktoś ma defekt. Fatum odpalenia relacji działa w najlepsze.


Tym razem padło na Barta de Clercqa. Jechał sobie spokojnie w odjeździe ale miał pecha bo szymonbike zaczął oglądać.


Stestowałem fatum. Wcisnąłem F5. Znowu coś.
 

F5. I znowu.


I jeszcze raz. Zły ze mnie człowiek. 


Dałem Bartowi spokój i znowu zrobiło się wystarczająco nudno żeby po raz kolejny każdy fan kolarstwa mógł rozszerzyć swoją wiedzę na temat przydrożnych zameczków. 


Albo pośmiał się ze zdesperowanego gościa który walnął tempówkę życia tylko po to żeby zaraz się zatrzymać na siku.


Ale wystarczyło chwilę poczekać i zaczęło się to co najlepsze. Sztajfy. 


Tak strasznie strome, że kiedy ten typ z movistaru tylko stanął w pedałach to poleciał na plecy.


Na przykład ta najbardziej znana czyli La Redoute. Gdzie na czele tyrało Sky i zaatakował gość ze Sky. Sprytnie.


Ktoś tam jeszcze za nim pognał i się zrobił odjazd. Co miał się nie zrobić.


A w grupie rozprężenie bo Phil znowu miał jakiś bezbłędny kawał do opowiedzenia.


I kiedy na czele uformowała się bardzo mocna ucieczka nudziarzy nieznających się na żartach i naprawdę zacząłem się ekscytować rywalizacją..


..to na ekranie pokazali mi się Jose i Filippo którzy mimo trzepackiej Stylówy szeroko się do mnie uśmiechali jakby chcieli powiedzieć "Merida jest spoko, serio Szymon"


Otrząsnąłem się z koszmaru, postawiłem na widoku EuroPROrower i znowu mogłem oglądać. Ucieczka uciekała a peleton za sprawą drużyny śmieszka Phila spawała.


A Pippo po raz kolejny mnie zamęczał. Ale jego widok idącego w trupa, po to żeby rozkręcić blat oś jadąc z góry jakoś mnie nie przekonywał.


Kiedy beemce skasowały odjazd zaczęły się masterskie szachy. I prawdziwy wyścig.


Największym mastersem okazał się Alberto który jak tylko grupa się rozjechała walnął skokena. Ale tym razem nie wstrzelił się w odpowiednią krowę w knajpie i nie pociągnął za daleko.



Tymczasem w ósmej towarówie zatrzepał się Filip który musiał przegapić jak cała czołówka mu odjeżdża w momencie jak zjeżdża do wozu technicznego po nową porcję kawałów. Z tym panem już się żegnamy.


Bo co ważne dzieje się z przodu. Czyli skoken za skokenem. Poprawka za poprawką. Uczta dla widzów i piekło dla zawodników. Wszystkich oprócz jednego.


Czyli Rajdera który zostawił wszystkich w tyle i zagapiony w swojego garmina leciał jak na skrzydłach nie schodząc z watami poniżej czterocyfrowej sumy. Jakby to był film z tym autobusem który nie może zwolnić bo wybuchnie. Ot, taki motywator.


I nic sobie nie robił z tego, że grupa goni go na tyle mocno, że nawet kolega obok kolegi już nie może jechać i dwóch zdań wymienić.


Poczuł się tak pewnie, że nawet miał chwilę żeby potestować różne pozycje areo. 
Na przykład pozycję na "pacze na lacze"


Albo "podrapię się tu i tam ramą". Pełen luz.


Kiedy Ryder się zabawiał swoim Cervelkiem z tyłu grupy czerwoną latarnię zaczął rozpalać Andy.


A Dani Moreno z pełną nonszalancją zatrzymał się żeby skasować luzy na sterach bo coś mu stukało. To nie było wyjątkowo sprytne zagranie na 6km do mety.


Tymczasem Ryder zaczął dymić. Nawet szkotopunk w kilcie nie pomagał.


Niespecjalnie też pewnie pomagało mu to, że z pogoni skakał sobie Dan Martin. Śliski ziomek.


I tak jakoś wyszło, że na 1,5 km do mety Ryder został skasowany ale ciągle wyobrażając sobie, że jest tym autobusem z filmu, szedł w trupa żeby tylko waty nie spadły poniżej tysiaka.


Ostatni podjazd.  I od samego dołu leci Purito.


I leci.


I leci.


 Wszystko


I jeszcze poprawia sam sobie.


I mimo skokena ostatecznego po którym z wygenerowanych watów mógłby oświetlić małe miasteczko nagle na koło siada mu ni z gruchy ni z pietruchy Dan Martin. Coś za łatwo mu to poszło, pewnie krzaczył.


Potem do koła dołącza jeszcze Panda. Ona to już na bank krzaczyła. 


I teraz czas na odpowiedź na pytanie jak wyścig został wygrany. Otóż jak wiadomo wszyscy się ścigają z totalnie beznadziejnych pobudek ego, po to żeby innym udowadniać, że są od nich lepsi i potem mogli z nich śmiać prosto w twarz. Na Liege sprawa się skomplikowała. Bo na trasie pojawiła się Panda. I każdy fafarafi dobrze wie, że jeśli chce pokazać, że jest kozak to w takiej sytuacji nie może się pierwszy wystraszyć i uciec. I w tej rozgrywce Purito okazał się lepszy i puścił tchórza Daniela do przodu. 


To Dan sobie to wygrał. Tchórz jeden.


-ej stary widziałeś tą pandę? bałem się, że mnie zje!
-no nie gadaj, ja myślałem, że jestem autobusem!