Strony

Jak Niemiec nie wygrał etapu

fot. gruberimages
Pewnie pamiętacie wczorajszy etap. Przemek Niemiec swoją jazdą zapewnił każdemu z nas taką dawkę emocji, że po takich skokach tętna można było już sobie odpuścić popołudniowy trening. Sam pokonałem w sobie niechęć do Meridy i kiedy tylko zaczął się finisz aż się wydarłem do monitora. Tak było wczoraj.

Ale dzisiaj to już co innego. Miałem sobie iść na ośmiogodzinny trening z pewnym mostostalowcem który chciał skorzystać z magii treningów z szymonbajkiem ale że pogoda była nietęga rozsiedliśmy się przed telewizorem. I czekając na relację live obejrzeliśmy powtórkę z wczoraj. 
I się złapaliśmy za głowę jak to Przemek koncertowo spieprzył ten finisz. 
Nie pamiętasz jak? Oto skrót.


6 km do mety. Z przodu odjeżdża Gesink z Kangertem a Niemiec łapie koło Benata Intxaustiego i dojeżdża do tej pierwszej dwójki po kole. Elegancko.


Banatowi noga podaje jak marzenie więc od razu jeszcze poprawia a Przemek z zimną krwią pozwala spawać innym łosiom którzy zrobią robotę za niego. Bardzo dobrze.


Cztery do mety. Niemiec odpuszcza zmiany i z czystym sumieniem wafluje się po kołach bo co jak co ale jego lider został z tyłu. I dobrze robi.


Przemek ma nerwy ze stali i wciąż korzysta sobie z pracy innych naiwniaczków którzy podkładają się jak młodzicy. Git.


1,8 km do kreski. Robert Gesink psuje rower i strzela z hukiem. Z przodu zostało trzech. Czyli jak to się mówi, pudło pojechało. Wyśmienita sytuacja.


1400 metrów. Przemysław Niemiec niczym Fabian Cancellara czy inny Tom Boonen na brukowanym odcinku zostawia w tyle swoich kolegów niedoli którzy wyprztykali się spawaniem przez ostatnie kilka kilometrów. Genialnie.


Ostatni zakręt. Niemiec ewidentnie jest już dojrzałym zawodnikiem i widać, że nie wszedł w niego na kamikaze niczym młody psychopata bez wyobraźni. Szkoda.


Benat z Tanelem za to weszli jak szaleńcy i raz dwa go naszli. Lipa.


Ale Przemek się nie zraził jakoś specjalnie i wypuścił obu młokosów do przodu. Mądrze.


 Ajajaj. Prawie liznął koło Tanelowi. Byłaby wtopa. Ale nie było. I super.


Przemek nagle zmienia zdanie i ze sprawdzonego, ostatniego miejsca przesuwa się do przodu. Why Przemek?!


Pyk rybka pyk oni już Ci nie wyjdą, przykro mi. Nie jest dobrze.


450/400 metrów do kreski. Blat oś, dolny chwyt i zarzygana twarz. Czyli sprint rozpoczęty. To jeszcze całkiem daleko jak dla górala. To było całkiem lekkomyślne zagranie, że tak powiem.


O, i to jest ten moment kiedy wszystkim z nas skoczyło tętno do ponad 200 i jak jeden brat podnieśliśmy się z tego na czym siedzieliśmy. Pewnie dlatego, że nie było widać, że do mety jeszcze ponad 300 metrów a spryciule z odjazdu nawet nie podnieśli tyłków żeby utrzymać koło wspaniale sprintującego Przemysława Niemca.


Jakieś 200 metrów do mety. Przemek się obejrzał za siebie i nagle zdał sprawę ze swojego błędu. I puścił korby. To nie było zagranie w stylu rasowego sprinterro. Sprint na dwa razy to raczej styl na młodzika. Nie tędy droga.


Przemysław rozprowadził chłopaków jak marzenie więc grzecznie mu podziękowali żeby zaraz rozpocząć już swój właściwy sprint aż do samej kreski. 


I tak etap wygrał Benat Intxausti przed Tanelem Kangertem a moment za nimi na, co jak co, wspaniałej trzeciej pozycji dojechał Przemysław Niemiec. Czemu ten moment z tyłu?


Bo jakby wygrał to musiałby podnieść ręce w geście triumfu i nie mógłby zastopować watomierza. To się nazywa profesjonalizm!