Strony

Plan treningowy na Tour De France


Personal Trainer Szymonbike powraca. Z najwspanialszym (przede wszystkim dlatego, że darmowym) planem treningowym dzięki któremu zgrabnie połączysz oglądanie Touru z popoprawianiem swojego VO2max i wszelkich innych cyferek niezbędnych do przygotowań na lokalnego ogórka.

Żeby jeździć to trzeba jeździć, z drugiej strony Tour de France wypadałoby oglądać. Tylko ciężko jest śledzić zmagania prosów robiąc tempówkę w trupa przez 8 godzin.
Dlatego trzeba umieć połączyć te dwie kwestie tak, żeby przez te 3 tygodnie obejrzeć to co należy a przy okazji wyżyłować łydkę i solidnie przytrenować do kolejnych pucharów zastępcy sołtysa jakiejśtam wsi.

Właśnie po to masz plan treningowy na Tour de France. Jeśli wykonasz go w stu procentach to z pewnością wyniesiesz swoją formę na poziom "jestem na tyle mocny, że szymonbike rozdaje mi skarpetki za darmo".

dominictrevett
  • 29.06 - Pierwszy etap, wygrany przez autobus Orica Greenedge to już historia. Domyślam się, że z z powodu braku sensowego planu treningowego, zdezorientowany siedziałeś w domu nie wiedząc co ze sobą począć  więc trzeba będzie w najbliższych dniach nadrabiać zaległości.
  • 30.06 - Drugi etap. Zaczyna się na 5 metrach a kończy na 1 metrze nad poziomem morza. Czyli lajcik chociaż w połowie są jakieś tam góry. Ale to nie klasyk tylko drugi dzień wielkiego touru. Więc raczej szalonego ścigania nie będzie. Idź na sześć godzin szybkości metodą ciągłą i wróć na sam finisz.
  • 1.07 - Trzeci etap po hopach i krętych dróżkach. Spore szanse dla odjazdu. I dla spektakularnych kraks. Jak się pławisz w oglądaniu cudzego cierpienia to możesz obejrzeć ostatnie 20 km. Pięć godzin napierania na klapie ze sprintami i takimi tam.
  • 2.07 - Drużynowa czasówka. Etap interesujący jedynie dla spalaczy sprzętowych i miłośników cyferek. Z punktu widzenia widowiska kompletna strata czasu. Idź na trening mordercę od świtu do zmroku i ew. na kofibrejkach kontroluj przebieg rywalizacji na twitterze. Na jedno wyjdzie.
  • 3.07 - Na czwartym etapie są niby jakieś tam hopy ale to jeszcze nie jest ten etap z kategorii obowiązkowych. Będzie tak, Team Sky który dzień wcześniej zrobi pół dnia przewagi nad całą resztą puści odjazd który zrobi godzinę przewagi i będzie z niego ciekawe ściganie plus na deser jeszcze walka z peletonu. Końcówka do obejrzenia. Cztery godziny z blatu po sztajfach żeby udo rosło.
  • 4.07 - To jest właśnie przykład etapu który z zupełnie czystym sumieniem można ominąć. Czyli tak zwany etap sprinterski. Cavendish wygrywa po raz sto któryś i powtarza któryś tam ze swoich gestów zwycięstwa bo już wszystkie ciekawe wyczerpał. Już to widziałeś, kolejny raz nie musisz. Osiem godzin czegoś tam metodą ciągłą.
  • 5.07 - Coś tu się wznosi ale nie na tyle żeby faworyci podnieśli tyłki z siodełka ani tym bardziej wzrok z SRMa, szczególnie, że następnego dnia są góry. Więc może pójść odjazd. Na przykład z Thomasem Voecklerem którego maski są warte oglądania. Dzisiaj wrócisz wcześniej, zrób sobie tylko cztery godzinki tempówek półminutowych z przerwami między każdą po zero sekund.
  • 6.07 -Ufff nareszcie się zaczęło. Prawdziwe góry. Czyli w końcu możesz dać odpocząć swoim styranym nogom. Ale jak nie wyjdziesz na rower to Ci napuchną jak nasączane wodą balerony z wyprzedaży w lidlu, więc przekręć sobie na kawkę i z powrotem, tak żeby zdążyć na całą relację.
  • 7.07 - Cztery premie górskie pierwszej kategorii. Perspektywa następnego dnia wolnego. Oj będzie ściganie. Nogi nadal ciężkie po sześciodniówce tyrki? Nie ma problemu, dzisiaj jedynie użyjesz ich żeby podjechać do sklepu po orzeszki i piwko żeby później cały dzień spędzić przed telewizorem.
  • 8.07 - Na Tourze dziś jest dzień wolny. Ty nie jedziesz Touru. Ale kiedyś możesz więc na wszelki wypadek skocz sobie na rower od wschodu do zachodu słońca nie zrzucając z blatu i ośki.
  • 9.07 - Kolejny etap z kategorii 'Mark Cavendish zaskakuje rywali i  sięga po zwycięstwo na sprinterskim etapie'. Czyli deja vu po raz stokrótyś. Lepiej popraw sobie jeszcze po tym wczorajszym treningu robiąc taki sam drugi z rzędu, najlepiej zakładając jeszcze jakiś większy blat.  Tak żeby był progres.
  • 10.07 - Indywidualna czasówka czyli prawdziwa sól Touru. Jakby nie jechał Kwiato to był powiedział, olej to, nudy. Ale że jedzie powiem tak, bądź w domu na czas jego startu i emocjonuj się faktem, że realizatorzy prawie go nie pokazują ale komentatorzy co chwilę podają jakie ma wspaniałe międzyczasy i robi super wynik. Czyli zrób sobie z rana tylko cztery godzinki szybkości metodą ciągłą na klapie jakiejś sportowej fury typu porsche, tak żeby nie było za łatwo.
  • 11.07 - Znowu to zrobili. Sprinterskie deja vu. Wiesz co to dla Ciebie oznacza, przykro mi, osiem godzin wytrzymałości siłowej metodą powtórzeniową na okolicznej hopce typu agrykola.
  • 12.07 - Tour w tym roku jest wyjątkowo emocjonujący jeśli chodzi o trasę, bo trzynasty etap to o dziwo, etap sprinterski! Już nawet nie wiem który, sprinterzy może też już mają dosyć więc mogą puścić odjazd, tym bardziej, że na końcówce jest jakaś hopka. Czyli ostatnie 15km do obejrzenia. Cztery godziny treningu metodą dolny chwyt zarzygana twarz.
  • 13.07 - To już jest 14 etap a wyścig tak naprawdę się jeszcze na dobre nie zaczął, dzisiaj może, ale nie musi. Na pewno te siedem górskich premii to nie lada chrapka dla łasych na koszulę w grochy jak np. Thomas Voeckler którego maski zawsze przyjemnie się ogląda, tak jak przyjemnie może oglądać się ten etap. Coffeeride z dobrymi znajomymi dla przećwiczenia Zasad Coffeebreaka w praktyce.
  • 14.07 - Nareszcie nadszedł ten dzień kiedy mimo najwspanialszej pogody za oknem, najbardziej ekscytującego festynu za rogiem czy najlepiej opłacanego ogórka Ty zostaniesz na pół dnia przyklejony do monitora i będziesz oglądać calutki etap. Bo dzisiaj rozegra się spory kawał Touru. Jak dla mnie możesz nawet nie wychodzić z domu.
  • 15.07- Drugi dzień wolny na Tourze. Nadal Ciebie tam nie ma więc dzisiaj sobie potrenujesz. Tak już w życiu jest, raz się odpoczywa, raz tyra. Bo nigdy nie wiesz kiedy pojedziesz na Wielką Pętlę. Trening masochisty od świtu do zmroku za motorem chudego kolegi bo za grubym byłoby Ci za łatwo.
  • 16.07 - Właściwie to teraz zaczyna się wyścig. Trzeci tydzień to poważna sprawa i jeśli czujesz się zmęczony to świetnie, będziesz się teraz trochę regenerował i robił superkompensację na kolejny Wyścig o Uścisk Dłoni Zastępcy Kierownika Lokalnego Ośrodka Kultury i Sportu w Gorlicach. Chociaż dzisiaj jeszcze nie do końca będzie taki luzik. Tylko końcówka ciekawa, ze zjazdem na którym Armstrong leciał na przełaj. Ostatnie kilomentry do obejrzenia, skocz na cztery godziny wytrzymałości szybkościowej za litewskim tirem ze zdjętym ogranicznikiem prędkości.
  • 17.07- Czasóweczka. Prawie górska, pagórkowata i to z krętymi drogami i technicznymi podpuchami. Nikt tu raczej nie wygra wyścigu ale jakby jechał ktoś taki jak Michael Rasmussen który nie umie skręcać to mógłby go przegrać. A jak wiadomo wszyscy pławimy się w cudzych porażkach więc żeby nakarmić swoje nikczemne ego obejrzyjmy sobie ten etap czekając na wtopę tego i tamtego. Trzy godziny treningu metoda wychodzę z domu, rozkręcam w trupa i trzymam do końca.
  • 18.07 - Kiedy na etapie jest Alpe d'Huez to wiedz, że coś się dzieje. A kiedy jest dwa razy to wiedz, że to będzie etap jak żaden inny. Jeśli go przegapisz to zaliczysz wtopę jak autobus orikigrinedż na pierwszym etapie więc lepiej przygotuj sobie wcześniej garść wymówek na każdą okazję i obejrzyj calutki etap od początku do końca. Z rana tylko coffeeride na szybkie espresso.
  • 19.07- Podobno królewski etap. Niech tak będzie. W sumie od razu zaczyna się od wyrypy 30 km pod Col du Glandon gdzie zaatakuje sfrustrowany koksiarz któremu nie powiodło się wcześniej a żal mu wydanej kasy na kurację. Czyli będzie widowisko. Oglądaj. Rano bajabongo do apterki po neocapsiderm, spalara na ogórka już się zaczęła.
  • 20.07 - Ostatni decydujący etap, nie trzeba tłumaczyć, że takie etapy się ogląda. Nawet jeśli spalacz Froome ma już trzy dni przewagi nad drugim zawodnikiem i maillot jaune w kieszeni. Jest tylko 125km więc nie będzie długiego oglądania, ani na monitorach, ani między kolarzami. Taki dystans to dla nich jak jakieś kryterium więc pojadą od startu wszystko, nie biorąc na trasę nawet bidonu ani żelka. Będzie się działo, żeby nie przegapić to przekręć tylko nóżką z rana zbić piątkę z baristką w Twojej ulubionej kawiarni. Niech sobie nie myśli, że przestałeś być EuroPRO.
  • 21.07 - Typowy etap przyjaźni kończący się na Polach Elizejskich. Deja vu po raz kolejny. Cav wygrywa etap, Froome generalkę, wszyscy się obściskują, udzielają sztampowych wywiadów w których dziękują drużynie i rodzinie a potem jest dekoracja którą już widziałeś nie raz nie dwa. Nudy. Ale sobie obejrzyj, bo po prostu wypada. A potem przypnij numer do koszulki i wygraj tego ogórka na który już od tylu dni się spalasz.

*nie biorę odpowiedzialności za zatartych zawodników którzy ten plan wykonali w stu procentach.

PROskarpetki wróciły..

..w wielu nowych, wesołych kolorach. Kliknij sobie w banerek z prawej i spraw sobie kilka, bądź PRO.

Test na gbura


Sobota. Sobótka. Wyścig orlików. W międzyczasie po trasie kręci się elita. Kibicujemy. Przez 2 minuty, żeby potem umierać z nudów, bo chłopaki jadą całą rundę gdzieś hen hen za górą. Aż tu nagle pojawia się wspaniałe remedium na nudę w postaci odnalezionej w bagażniku puszki Kasztelana. Robimy bufet. Pozorny bufet bo to tak naprawdę, podchwytliwy test na poczucie humoru mijających nas kolarzy. Spontaniczne badanie skończyło się niestety po drugiej próbie.

Bo mimo, że pierwsza została zaliczona wynikiem pozytywnym za sprawą posłanego uśmiechu i zażartowania w stylu "nie za wcześnie chłopaki?"


To już podczas drugiej nasza przynęta na sprawdzanie gburowatości i fafarowatości została brutalnie zniszczona za sprawą wymierzonego weń ciosu.


Egzamin oblany. Kasztelanem za 3 ziko. Strata poważna. Ale powstrzymaliśmy złość i chęć zemsty. Karma zrobiła to za nas. Wystarczy spojrzeć w wyniki z następnego dnia:)

Zastanów się...


...czy jadąc po raz setny na tę samą niedzielną rundę bo jest lampa stulecia i nowy asfalt i w ogóle super,


..czy jadąc po raz pięćsetny na kolejnego ogóra którego masz sporą szansę wygrać bo masz nogę życia,


 ...czy spędzając cały weekend w centrum handlowym żeby nachapać się na super promocjach w noc wyprzedaży,


...czy siedząc w niedzielę w pracy bo już jesteś o krok od dorobienia się Cervelo R5 na które ciułasz od 3 lat,


...czy nawet jeśli pokonasz wszystkich swoich ziomków z niedzielnej rundy ustanawiając przy okazji kilka nowych KOMów na Stravie, czy nawet jeśli wygrasz tego pięćsetnego ogóra w karierze wygrywając mikrofalówkę i bon na wakacje w Egipcie, czy nawet jeśli nakupujesz sobie za ułamek ceny to wszystko o czym od dawna marzyłeś i czy nawet jeśli po tym weekendzie w końcu zamówisz sobie to swoje Cervelo R5 (po czym rzecz jasna niedługo później przejedzie Cię tramwaj),


...to zastanów się, czy ten weekend będzie tym który będziesz mógł potem długo wspominać. Czy w ten weekend zrobisz akcję którą będziesz mógł potem z dumą opowiadać swoim kompanom na kofibrejku czy przy piwku. Czy ten weekend będzie w jakiś tam sposób wyjątkowy.


No właśnie, nie będzie. A może być. Wystarczy, że zastanowisz się nad tym błędnym kołem wiecznego powielania w kółko tych samych czynności, weekend w weekend, miesiąc w miesiąc czy rok w rok, nad rutyną wciąż tych samych zajęć które robisz bo tak już jest, bo tak robiłeś zawsze więc zrobisz i tym razem. Wystarczy, że zdasz sobie sprawę, że możesz się z tego na chwilę wyrwać i zrobić coś ciekawszego.
Na przykład przyjedziesz do Sobótki na Mistrzostwa Polski w Kolarstwie Szosowym.
I spędzisz przyjemnie weekend. Kibicując. Na przykład na podjeździe pod Tąpadłę. Malując napisy, przebierając się za Borata, drąc ryja czy robiąc masę innych zabawnych akcji, które potem będziesz mógł wspominać z pewnością dłużej niż spacer po alejce centrum handlowego czy wachlarz w ucieczce na pucharze zastępcy sołtysa jakiejś kolejnej dziury.
Serio. Niedziela. Sobótka. Start 11.30. Tyle. Do zobaczenia.

JPSW #412

Czyli Jak Przyjemnie Spędzić Weekend odcinek 412. Czyli kolejna przykładowa instrukcja dla tych wszystkich którzy myślą, że tak, faktycznie wypady na rower tu i tam to świetna sprawa i w ogóle spełnianie pasji, ale lepiej to robić na Cervelo R5, więc w ten weekend sobie jeszcze popracują żeby na niego zarobić i w przyszły i następny też, a kiedy już na niego uzbierają to wpadną pod tramwaj i umrą. Hehe. Tak to dla Was.


Dzień pierwszy. Środa. Kto powiedział, że weekend zaczyna się w piątek? Ja nie wiem. Wiem za to, że kiedy we wtorek wieczorem dzwoni do Ciebie kumpel i zaprasza do Krakowa bo raz, że lampa, a dwa, że Małopolski Wyścig Górski to mu się nie odmawia. Tylko pakuje raz dwa bo ma się pod ręką checklistę przedzgrupkową.


W środę rano lecisz sobie jeszcze na trening z ziomami którzy są Twoimi dobrymi ziomami bo nie są korporacyjnymi hienami które nie mają czasu się z Tobą ustawić bo robią ciężki szmal. I jedziesz z nimi tylko zbić piątkę i zawinąć zaraz na bazę, bo żeby zdążyć na kryterkę na Rynku w Krakowie musisz wsiąść w pociąg o 12.00. No chyba, że jest przecudna pogoda i dobre towarzystwo to możesz sobie zrobić bilans plusów i minusów i ostatecznie olać oglądanie wyścigu po raz setny, tylko robić przez jakieś 5 godzin to co naprawdę sprawia Ci przyjemność czy trening szybkości metodą ciągłą z kofibrejkiem w podwarszawskiej dziurze.


Na wypadek jakby ktoś wieczorem Cię zapytał "jak Ci minął dzień" a Ty mógłbyś z czystym sumieniem odpowiedzieć, że "dziękuję, wspaniale". Nawet mimo niedogodności ufundowanych przez Polskie Koleje Państwowe.


Czwartek. Wstajesz rano w dobrym humorze bo wiesz, że masz dzisiaj fory. Bo kumpel do którego przyjechałeś i dane będzie Ci z nim trenować, zawsze niszczy Cię pod każdą sztajfkę zrywając jak młodzika i doprowadza do ciężkiej depresji, jest w gorszej formie. Bo dzień wcześniej potrącił go TIR.


Nic z tego. Ziomek okazuje się twardszy niż naczepa tira i funduje Ci trzycyfrową rundę jeśli chodzi o kilometry dojazdu na metę pierwszego etapu MWG i nadając tempo dzięki któremu możesz poczuć się niczym Mark Cavendish na królewskim górskim etapie Giro. Super sprawa.


A więc zamiast w czwartkowe popołudnie umierać nad stertą papierów w swojej robocie której nienawidzisz, umierasz na kole zioma którego z każdym kilometrem i ząbkiem rzuconym niżej podobnie zaczynasz nienawidzić. Aż dojeżdżasz na metę Małopolskiego gdzie zbijasz piątkę z kolegami którzy robią spoko wynik bo założyli PROskarpetki SHUT UP LEGS i nagle sobie uświadamiasz, że masz jakieś 40 km po hopach do domu a bomba już dawno Cię wybrała. Co zrobić. Jedziesz czym prędzej bo takie kręcenie się po wyścigu w którym nie startujesz zalatuje lekkim trzepactwem.


Jak masz fart, to spotkasz po drodze znajomków z portalu który nie należy do tych chałturniczych. Więc te znajomki jako że nie są nadętymi fafarafami to widząc Twoją bombę wezmą Cię na sztywny hol i dociągną sto na godzinę aż pod sam Kraków gdzie wpakujesz się z rozpędu między auta w korek w którym stoi pewien przykry typ któremu nie w smak, że Ty sobie jedziesz a on stoi i otworzy Ci przed nosem drzwi na oścież. Jak jesteś warszawiakiem i jeździsz w korkach na co dzień to się wybronisz. Jak nim nie jesteś to się zabijesz. Nawet na swoim Cervelo R5.


Piątek. Ostatnia okazja na obskoczenie MWG na rowerze z Krakowa. Wiesz, że start jest o 12 a dojazd na niego zajmie Ci niecałą godzinę. A jeśli jesteś blogerem to nie jesteś przyzwyczajony to wstawania o tak nieludzkiej porze jak 9 rano więc spóźniasz się na start i jedyne co możesz zrobić to przejechać się obok ruszającego peletonu i rzucić siemę do kilku ziomków którzy na własne życzenie wpakowali się istne piekło. Ty tego nie musisz robić, możesz po prostu pojechać sobie na metę i premię górską żeby popatrzeć jak zdychają i się pławić w swoim sadyzmie.


Jeśli hołdujesz drugiej zasadzie OREC Euro i nie masz żadnego Garmina czy innego tamagoczi to rzecz jasna pobłądzisz po drodze i zamiast dojechać sobie ot tak to dojedziesz ot tam razy dwa. Ale nieważne. Ważne, że zdążysz popatrzeć jak Twoi znajomi prosi pykają sobie w odjeździe i będziesz mógł wydrzeć do nich ryja żeby dodać otuchy.


Potem ostatkiem sił wdrapujesz się na szczyt premii górskiej żeby oglądać jak zbombieni uciekinierzy wjeżdżają ją sobie na sztywno za bidon i nawet próbujesz zrobić zdjęcie żeby móc kogoś potem w razie czego mieć czym szantażować. Ale na szczęście Twoje i holownika zdjęcie nie wychodzi i Ty nie masz okazji do zrobienia brzydkiej akcji za którą karma by Cię z pewnością dojechała w najgorszy sposób. I wszystko gra. Nie ma co się spinać o jakieś tam głupoty, to wszystko i tak tylko zabawa.


Zjedź na metę, spotkaj się z kumplem od TIRów i wróćcie razem robiąc po drodze obowiązkowego kofibrejka. Na przykład w Dobczycach. Sprawdzona miejscówka. Szymonbike, polecam.


Sobota. Jeśli jesteś lokalnym herosem to możesz albo pojechać na jakiś lokalny ogórek albo zrobić trzeci pod rząd trening od świtu do zmroku. A jeśli jesteś blogerem albo po prostu zdrowym na umyśle człowiekiem to możesz popracować nad czymś więcej niż łydką i na przykład zrobić sobie luźny dzień i na przykład poczytać jakąś książkę żeby Twoim czytelnikom jakoś lżej czytało się potem Twoje wypociny albo porobić cokolwiek innego co sprawi Ci przyjemność. Chociaż bajabongo zawsze spoko. Na przykład do Tyńca i z powrotem.


Niedziela. Dzień święty. Więc trzeba go uczcić. Na przykład jadąc z rodzinką do centrum handlowego i na obiad do maka. Albo oglądając ulubiony serial nie wychodząc z łóżka. Ewentualnie jeśli nie jesteś takim beznadziejnym nudziarzem to możesz pojechać na cofferide do Dobczyc.


Gdzie po drodze możesz sobie powspominać jak to kiedyś byłeś juniorkiem i leciałeś tymi samymi szosami etapówkę. I na tej hopce cisnąłeś czasówkę na której start się spóźniłeś, a na tej sztajfce atakowałeś z jakimś Niemcem który mimo wyraźnych ponagleń "schnella!" jakoś nie chciał dawać mocniejszych zmian. Byli czasy.


Wypijasz kawę. Zjadasz ciasto. Wsiadasz na rower. Wracasz do domu. Odcinasz kupon od kolejnego fantastycznie spędzonego weekendu. I już czekasz na kolejny.

Coffeebreak - Zasady


Każdy pros który liznął trochę świata (czyt. Włoch czy Hiszpanii) doskonale zdaje sobie sprawę jak nieodłącznym elementem każdego treningu jest coffeebreak. A każdy kto tego nie zaznał bo poświęcił swoje życie budowaniu kariery w korpo.. też wie, bo czyta szymonbajka. Czyli wiedzą wszyscy.
Trening bez przerwy na kawę to jak gwiazdka bez prezentów. Niby jest ok bo w końcu się odbywa i wszyscy się do siebie uśmiechają, ale w głębi duszy każdy dobrze wie, że coś jest nie tak. I to nie byle co.
Wszyscy lubimy prezenty, dobrą kawą możemy sobie je sprawiać codziennie. Nawet powinniśmy.


Coffeebreak jest PRO. Coffeebreak jest przyjemnym obowiązkiem który oddala nas od szufladki trzepactwa a przybliża do tej EuroPRO. To już wie każdy. Czas na kolejny krok.
Bo samym w sobie zatrzymaniem się na kawę nie odetniesz kuponu od bycia PRO. Musisz zrobić to umiejętnie, pamiętając o kilku zasadach. Oto i one:

  1. Zewnątrz nie wewnątrz. Siadamy, zawsze. Wnętrze kawiarń jest dla zakochanych parek i nudziarzy z teczkami omawiających kontrakty, nikt z nich nie chce oglądać bandy ludzików w obcisłej lycrze. My siedzimy na zewnątrz i łapiemy promienie słońca pracując na tanlajnami. No i masz na oku rower, w naszym pięknym kraju to nie jest takie znowu bez znaczenia.
  2. Rower. Postaw swój i niech wszyscy postawią swoje bryki z głową, opierając je na tylnym kole równiutko pod ścianą. Rzucanie byle jak i gdzie popadnie jest dla hipsterów, ostrokołowców, trzepaków i innych zakazanych grup.
  3. Kaski z głów. Możesz już zdjąć kask, serio, nic Ci nie grozi. No chyba, że nie zdejmiesz to grozi Ci posądzenie o trzepactwo przez towarzyszy treningu czytających dobre blogi.
  4. Kaski ze stolika. Stolik jest mały, kask też. Kilka kasków już mniej. Kiedy każdy położy swój kask na stoliku, nie będzie już gdzie położyć kawy. To proste. Zawsze kiedy zdejmujesz kask, wieszaj go na oparciu krzesła używając klamry, tak robią PRO. Pokaż, że nim jesteś.
  5. Zawartość stolika. Jeśli chcesz być za wszelką cenę wzięty za trzepaka, połóż na stoliku wszystko co masz w kieszonkach, pompkę, dętki, łatki, mapę, pelerynę,bukłak, namiot czy wędkę. Jak chcesz być PRO, nie rób tego.
  6. Telefony. Jest taka gra, każdy kładzie swój telefon na środku stolika, jeden na drugim i ten kto pierwszy sięgnie po swój, płaci rachunek. Nie po to zatrzymałeś się na kofibrejka żeby sprawdzać ile lajków zebrał mem który wkleiłeś sobie z kwejka na tablicę. Spotkałeś się ze znajomymi, porozmawiaj sobie z nimi, potem znowu pójdzie rant i nie będzie okazji. Zasada nie dotyczy: blogerów.
  7. Łyżeczka. Służy do mieszania. Nie do oblizywania. Mieszasz kawę, odstawiasz na spodek, dnem do góry. Tyle w temacie.
  8. Paluszek. Jak go odstawiasz pijąc espresso dajesz jasny znak wszystkim wokół "patrzcie! jestem trzepakiem!"
  9. Uchwyt. Filiżankę trzymamy trzema, nie dwoma, palcami, kciukiem, wskazującym i środkowym.
  10. Ciasteczko. Dostałeś ciasteczko, więc żeby zaoszczędzić 2 waty które mogą zaprocentować za godzinkę podczas sprintu na tablicę, zamiast rozgryzać, namaczasz najpierw w kawie żeby rozmiękło. To nic innego jak czystej wody trzepactwo.
  11. Kawa. Tylko Espresso bądź Macchiato. Bez cukru. OREC Euro Rule #56. 
  12. Własny prowiant. To super, że jesteś tak roztropny i zabrałeś cały zapas żelków i batoników na trening. Ale wyciąganie i pałaszowanie ich w kawiarni nie należy do dobrego tonu. Wręcz przeciwnie.
  13. Nie spiesz się. Jeśli Twój kumpel wypija raz dwa swoje Macchiato i popędza Cię żeby już jechać bo rekord rundy, bo finał Top Model czy coś w ten deseń, to znaczy, że nie wie co tak naprawdę liczy się w życiu i nie nadaje się na Twojego zioma. Niech sobie jedzie. 
  14. Stosuj się do zasad. Bądź PRO.


Zgrupowania w krainie skner


Z racji faktu, że dopiero co był kolejny długi weekend, wyskoczyłem sobie na krótką zgrupkę w góry. Nie, nie dlatego, że miałem wolne, jak jesteś blogerem to Cię to nie dotyczy. Wyskoczyłem bo Artur z TrainWithWatts zrobił kolejną po Calpe wypasioną zgrupkę.
Oczywiście jak mnie już znacie, to wiecie, że nie będę opisywał jak trenowaliśmy i ile waty uzbieraliśmy, bo to strata mojego i  Waszego czasu. W skrócie powiem tak, Artur po raz kolejny stanął na wysokości zadania, Dobra kwatera, dobra szamka, dobre traski, dobra atmofera, dobre masaże i inne dobre bajery.
Mimo to nie wypaliły dwie kwestie. Pierwsza, pogoda, ale na to wpływu nie ma nikt i wkurzanie się na coś na co nie ma się wpływu jest totalnie głupie. Druga, frekwencja. Na zgrupkę nie przyjechał prawie nikt. Czemu? Spróbuję rozgryźć tą zagadkę.


Ile w Polsce jest firm organizujących zgrupowania kolarskie? Porządne kolarskie zgrupowania a nie jakieś tam wyprawy z sakwami? No właśnie, tyle co nic. A przejdź się kiedyś do Empiku i otwórz niemiecką gazetkę (nie, nie taką jak myślisz) rowerową i otwórz na stronach z ogłoszeniami. Aż się wylewa. Dziesiątki ofert. Czemu oni mają tak dobrze a my tak marnie? Sami jesteśmy sobie winni.


Ze zgrupowaniami jest trochę tak jak z promami do Szwecji. Hehe. Codziennie ze Świnoujścia po południu wypływają dwa promy do Ystad. Bilet na każdy z nich kosztuje kupę kasy, nie pamiętam już ile ale na pewno grubo ponad tysiąc złotych. Ale jeden z nich jest tańszy o jakieś głupie 50 ziko które przy całej kwocie znaczy tyle co nic. I kiedy przychodzi pora odprawy do tego tańszego o 50 ziko ustawia się gigantyczna kolejka samochodów, kiedy obok stoi dosłownie garstka aut do drugiego promu.

Nieważne, że ten tańszy prom jest tak stary, że pewnie jeszcze pamięta go z dzieciństwa Davide Rebellin. Ani to, że cały się sypie i trzeszczy jakby zaraz miał utonąć. Nie, jedyną istotną kwestią jest kasa. Kropka.


Tak samo ze zgrupkami. Kiedy pytałem kogoś czy chce jechać do Calpe to pierwsze co robił to odpalał stronę z tanimi lotami, kwaterami i kombinował żeby samemu coś zorganizować, byle taniej. Nieważne jak bardzo będzie źle, ważne żeby było najtaniej i kropka.

Zdaję sobie sprawę na jak śliski grunt wchodzę. Niewielu z nas się przelewa, wiadomo. Tym bardziej potęguje to fakt, że narzekanie na brak kasy jest, tuż po piłce nożnej, naszym drugim sportem narodowym.
Każdy z nas zna całą masę gości jojczących na brak kasy którzy zaraz potem wyciągają z bagażnika carbo wypasa na jakimś recordzie czy durejsie. Wokół pojawia się coraz więcej wypasionych bryk na Zippach, Lighweightach, ale jojczenie nie ustaje. Tak już jest. Koniec tłumaczenia, i tak mnie obsmarujecie i tak.


Coś Wam teraz powiem, kiedy tak jojczycie, kombinujecie i się wiecznie szczypiecie. Kiedy po prostu wsiadacie na ten prom o 50 ziko tańszy to jesteście zwykłymi sknerami. Bo nie tylko kasa się liczy na tym świecie. Być może zorganizujesz sobie tańszy lot, tańszą kwaterę i weźmiesz zapas zupek chińskich żeby w ogóle zaoszczędzić jeszcze i jeszcze. Tylko że nagle okaże się, że wylądujesz na lotnisku z ręką w nocniku, będziesz musiał się tułać jakimiś pociągami. Wrócisz kiedyś zbombiony do cna z treningu i nikt nie ugotuje Ci obiadu. Nikt nie wymasuje nóg. Nie zreperuje roweru. Karma Cię dojedzie za Twoje sknerstwo.

Zgrupowania zorganizowane nie są robione po to, żeby jacyś wielce nadziani lenie mogli sobie pojechać tu i tam. Bo tak to najwyraźniej wygląda w oczach wielu z nas. Zgrupowania są organizowane po to, żebyś mógł pojechać tu i tam i zamiast zaprzątać sobie głowę masą przyziemnych kwestii, mógł skupić jedynie na jej małej części, na jeździe, regeneracji. Jedziesz na zgrupowanie żebyś mógł poczuć się jak pros. Żebyś miał czas na nacieszenie chwilą.


Ale jak będziemy wszyscy tak wiecznie się szczypać, to nasze gazetki rowerowe nigdy nawet w połowie nie podgonią niemieckich jeśli chodzi o ofertę obozów.
A zgrupowania to wspaniała sprawa. A jak się jest kolarzem, nawet amatorem to jest najlepsza okazja żeby przeżyć coś ciekawego i coś zobaczyć na świecie.
Może zamiast robić kolejną partyzantkę na której mamy urwanie głowy jeszcze większe niż podczas zwykłego dnia pracy, warto przekazać kwestię organizacji komuś kto zrobi to o niebo lepiej? I móc się nacieszyć wyjazdem? Hę?
Zippy poczekają. Zamiast kolekcjonować przedmioty, kolekcjonujmy przeżycia. Zgrupki to najlepsze ku temu okazje.

Trzepaki Miesiąca z Giro d'Italia


Giro d'Italia to nie wyścig o puchar zastępcy sołtysa wsi Swornegacie. Ewidentnie.
Udział w Giro zobowiązuje. W ojczyźnie EuroPRO kolarzy nie ma miejsca na wtopy ze Stylówą. Trzeba się mieć na baczności.
W tym roku nie każdy się miał. Trafiły się Trzepaki Miesiąca. Ale nie wybrałem jednego, wybrałem wszystkich, żeby cały pocisk rozłożył się po szerszej grupie Trzepaków. Bo nie zawsze zachowana była pierwsza Zasada:
- Wtopa ze stylówą oznacza naruszenie jakiejkolwiek zasady dotyczącej stylówy w elemencie ubioru który swobodnie mógłby być PRO, gdyby tylko Trzepakowi Miesiąca się chciało.
Chłopaki czasem nie mają wyboru. Więc są takimi Trzepakami mniejszego kalibru. Ale nimi są.
Oto ranking Trzepaków z Giro'Italia, od końca:
  • 8 miejsce : Vincenzo Nibali - Maglia Rosa.


Kiedy zdobywasz koszul lidera, tym bardziej w wypadku Maglia Rosa, to wypadałoby uczcić to odpowiednio komponując wszystko co się tylko da w zdobycznym właśnie kolorze. To jest EuroPRO. Vincenzo tego nie zrobił. Niektórzy mówią, że to wielka klasa i szacunek dla Magia Rosa. Ja nie. Jak jesteś liderem Giro i zakładasz nogawki z dekatlonu i masz wszystko od czapy, jakbyś chciał powiedzieć, że to w ogóle nie robi na Tobie wrażenia to wcale nie masz klasy, raczej bliżej Ci do trzepaka.
  • 7 miejsce : Właściciele aero orzeszków.

A więc twierdzisz, że Twój orzeszek rodem z lidla daje Ci dodatkowe pół wata? Świetnie. Szkoda tylko, że ceną tej połówki wata jest totalne schrzanienie Stylówy. Trzeba mieć jakieś priorytety chłopaki.
  • 6 miejsce : Vincenzo Nibali - rękawki mistrza Estonii.

Stuprocentowa wtopa niewymagająca komentarza. Tym bardziej na etapie który chcesz ogolić i wiesz, że będziesz w centrum uwagi. Tak nie można Vincenzo, to już drugi raz.
  • 5 miejsce : Rafał Majka - kompozycja z Maglia Bianca.

To Giro było fascynujące w sporej mierze właśnie dzięki Majce i Betancurowi którzy do samego końca cieli się białą koszulkę. Jak wiecie, ostatecznie lepszy okazał się Betangbur. Nie tylko ze względu na lepszy czas. Wygrał też pojedynek na Stylówę. Kiedy Maglia Bianca była jego własnością potrafił o wiele lepiej skomponować sobie resztę stroju wg. wszelkich kanonów OREC Euro i nie tylko. Rafał za to musi się jeszcze wiele nauczyć.
*Betangbur bo ten gość w ogóle się nigdy nie uśmiechał.
  • 4 miejsce - Właściciele Giro Air Attack

Zomowcy. Hokeiści. Robole. Trzepaki. Temat orzecha został już wyczerpany do granic przyzwoitości i szkoda strzępić sobie więcej języka czy klawiatury. Zysk garstki watów w zamian za prezencję stuprocentowego trzepaka to nie jest najlepszy rachunek.
  • 3 miejsce : Vincenzo Nibali - paski od kasku.

Tak właśnie lider Giro d'Italia prezentował się na starcie jednego z ostatnich etapów. Skandal. Mam nadzieję, że został odpowiednio ukarany i ta wtopa już nigdy się nie powtórzy. To już Twoja trzecia wtopa Enzo. Ogarnij się.
  • 2 miejsce - Vincenzo Nibali - ciąża.

To znowu on. Co za Trzepak. Czwarta wtopa, czyli gwóźdź do trzepackiej trumny Enzo to skitrane na ciążę rękawiczki podczas królewskiego 20go etapu. Nie wiem co mu się pojawiło w głowie ale kiedy tylko jadąc z bezpieczną przewagą na ostatnich metrach zdjął rękawiczki żeby zaraz schować je pod koszulkę w prawdziwie trzepacki sposób, czyli na ciążę, to ja, szymonbike, złapałem się za głowę. Jak wygrywasz królewski etap z mety którego zdjęcie będzie wspaniałą pamiątką na całe życie, to warto jakoś wyglądać. A Ty Enzo na własne życzenie sprawiłeś sobie wygląd trzepaka młodzika.
No, ale zawsze masz te stare rękawiczki, kilka euro do przodu co nie?
  • 1 miejsce - Właściciele okularów Selev

Pierwsze miejsce w rankingu największych Trzepaków Miesiąca z Giro trafia po trochu do każdego zawodnika Androni który na swój nos założył okulary marki Selev. Stworzone w pracowni gdzie z głośników leciało latynoskie dicho a obok robole spawali amelinum i swoje ochronne okulary z castoramy kładli gdzie popadnie skutecznie mieszając w głowach naćpanym projektantom Seleva.
Jedno trzeba jednak przyznać, każdy zawodnik Androni musiał mieć w sobie wiele odwagi i poczucia humoru żeby w ogóle założyć to na nos. Brawo. Jesteś gość. Ale jesteś też Trzepakiem Miesiąca. Coś za coś.

Zdjęcia : Manual For Speed, BMC Racing Team, Kei Tsuji, Tumblr.

Vini Epotini

Czyli kolejny wesoły dzień. Dziękujemy Mauro i Danilo. A teraz idźcie być koksami gdzie indziej.