Strony

Hajlajtsy - Etap Touru na Alpe d'Huez


Tour de France Tour de France i po Tour de France. Wczoraj się w końcu skończył a wygrał go jak wiadomo Chris Froome, który na decydujących etapach po prostu musiał dowieźć przewagę którą zdobył tak dawno, że nikt nie jest w stanie sobie przypomnieć kiedy zyskał te sto lat przewagi. Ale życie to nie tylko nieprzerwane pasmo sukcesów, nie zawsze da się każdego zerwać, robić pół dnia przewagi i umacniać na prowadzeniu, czasami nawet najlepszych wybiera bomba i wtedy już nie jest tak wesoło. Tak było na Alpe d'Huez. Zapomnieliście już ten etap? A może przegapiliście? Nic nie szkodzi! Oto Hajlajtsy prosto alpejskich gór.


Początek relacji. Zaspany kibic odpala sobie eurosport a tu walka jak na końcówce Milan San Remo czy innych Mistrzostw Świata. Zaspany kibic wpada w panikę, że przegapił cały etap i dane mu oglądać tylko ostatnie metry. Ale nie, jeszcze 160 km.
 

Niby jest te 160 ale skoneny się nie kończą. I to atakują wszyscy faworyci wyścigu. I Kwiato. Szaleńcy. Podobno na radiową linię włamali się zakompleksieni piłkarze wkurzeni na memy z poobijanymi kolarzami  i podali wszystkim, że etap jest skrócony i za rogiem już jest meta. To jedyne sensowne wytłumaczenie.


Ale mety nie było. Piłkarzy ze śmiechu zaczęły pobolewać brzuszki więc na noszach zostali przeniesieni do szpitali i wszystko wróciło do normy. Czyli Team Sky zaczął kręcić te waty które robią z etapu nudną papkę. Na szczęście dla urozmaicenia do przodu skoczyło dwóch gości z Saxo Banku. W sumie to nie wiadomo po co.


Zaraz potem do przodu skoczyła kolejna para, tym razem z Euskaltel. Bardzo rozsądnie, w góry lepiej wybierać się parami, zawsze jest bezpieczniej, w końcu w górach grasują niedźwiedzie i inne niebezpieczeństwa.
 

"hej Sylvain, skarpetka Ci opadła, lepiej popraw to szybko bo szymonbike robi dzisiaj hajlajtsy''


Tymczasem w peletonie. Andre Greipel na planie pornosa. Lotto słabo zarabia na tym Tourze. Trzeba sobie jakoś radzić.
 

 W kolarstwie jest już tak, że kiedy na jednego kolarza przypada kilku z jednej drużyny to ten osamotniony jest bez szans. Czyli ten sprint w połowie etapu to nie było kolarstwo.


Żarty się skończyły. Pierwszy raz Alpe d'Huez.

 

A na nim cała masa kibiców. W przeróżnych przebraniach. To tutaj bardziej nadawałoby się na Muur De Huy, no ale plus za inicjatywę, ważne, że zmotywował Van Garderena do skokena. Pewnie uderzył w jakiś jego kompleks.


Ten podjazd był dzisiaj do wjechania dwa razy, tą samą drogą. I miał dużo krzaków. Jak się dobrze przyjrzysz to może wypatrzysz sprinterów kitrających się tu i tam żeby przykrzaczyć pierwszą rundę. 


Corrida. Pokażcie mi inną dyscyplinę gdzie możesz tak bardzo zbliżyć się do zawodnika. Fajnie fajnie. I tak cały podjazd.


Po drugiej stronie góry czekało na kolarzy zaskoczenie. Trafili do Polski. Wystarczy spojrzeć na szosy.


 Christophe Riblon był w odjeździe ale zgubiło go lenistwo. Christophe po prostu nie ma w zwyczaju aktualizować swoich map w gpsie i czasem się na tym przejeżdża. Tak jak właśnie teraz.


 Nie tylko Riblon miał problemy na zjeździe. Moreno Moser również, ale innej natury. On się ich zwyczajnie boi i żeby było mu raźniej, jego mechanik musi trzymać go za rękę. Słodko.


Kiedy uciekinierzy walczyli ze zjazdem i swoimi słabostkami, z grupy faworytów zaatakował Conduktor z Kreuzigerem. Na ich nieszczęście Alberto dostał telefon od konsultantki saxo banku. Z kuszącą ofertą.


- Ej Alberto, dawaj w to zainwestujemy, nie będziemy musieli już więcej wypruwać flaków po tych szosach!


 Chłopaki najwyraźniej zostali ostatecznie przekonaniu do jakiegoś tam funduszu inwestycyjnego w Saxo Banku i nie dość, że odpuścili odjazd to też grupę i sobie już chcieli zjechać spokojnie do śmieciary..


..kiedy napotkali w kolumnie Bjarne Riisa którego karcący wzrok doprowadził ich do porządku. Pieniądze to nie wszystko. Równie ważne jest wygrywanie na koksie. Dla kasy. Ale zawsze.


Gps Riblona znowu zaczął robić mu na przekór.


Przykład karygodnego zachowania. Jak tak w ogóle można przeszkadzać! Van Garderen powinien był ominąć szerokim łukiem tego biednego kibica! Ach Ci bezczelni kolarze.


 Chris na dzisiejszy etap zainstalował sobie na SRMie nową aplikację. Menu. Oprócz oglądania filmów pojawiła się możliwość wyboru obiadu.
Kaprys chciał, że odpalił ją sobie na 3 km do mety.  Rychło w czas, ale co poradzisz na zachcianki lidera.


- kelner! trójkę proszę, pierogi z serem i rodzynkami! raz raz!


- bardzo proszę, oto pańskie pierogi, życzę smacznego.


- hej panowie, miały być z serem a nie grzybami!

 
-  boże, jak ja nie lubię grzybów, zaraz się porzygam. ble.


- proszę, napiwek dla Ciebie kolego, ale następnym razem postaraj się lepiej.

Gentleman z Chrisa. W sumie jak tu nim nie być kiedy się chodzi do knajpy gdzie obiad kosztuje 1400 franków.


- jak to się stało, że z początku traciłeś żeby potem nagle przyspieszyć i wygrać?
-jechałem swoje kiedy do słuchawki dyrektor powiedział mi "przyspiesz" więc przyspieszyłem. I wygrałem.
True Story. Tak powiedział. Pomyśl o tym jak złapie Cię bomba na lokalnym ogórku. I też sobie wygraj.

FIN

Review - Canyon Ultimate AL 7.0

Trzy tygodnie temu dostałem nową szosę Canyona. Pojeździłem, pokatowałem, potestowałem. Wyrobiłem sobie opinię. Teraz mogę się z Wami nią podzielić. Zapraszam na recenzję Canyona Ultimate AL 7.0.


Wszyscy znacie Canyona. Niemiecka marka która rozwala wszystkie możliwe testy w rowerowych gazetkach. Szczególnie w kategorii stosunku ceny do jakości. Canyon jest tani bo jest pomysłowy (albo nieśmiały) i nie wychodzi z internetów. Dzięki temu może zaoszczędzić górę pieniędzy którą musiałby płacić łapczywym najemcom salonów czy zachłannym pracownikom i w zamian może obniżyć cenę samego roweru.
Po prostu wchodzisz na stronę Canyon.com, konfigurujesz rower na jaki tylko masz ochotę, zamawiasz, a wtedy fabryczka wypluwa go w kartonie prosto w ręce kuriera który niedługo potem Ci go dostarcza pod drzwi. Proste jak drut.
No dobrze, ale jak wiecie, cena to nie wszystko. Jak jesteś wiernym czytelnikiem i czytałeś Pierwszy Odcinek Projektu EuroPRO roweru to być może pamiętasz, że niestety, ale Twój wymarzony Canyon wpisuje się w kategorii średniawek. Nie jest to rower z duszą, nie jest też trzepacki. Co prawda ścigają się na nim wspaniali zawodnicy jak Purito Rodriguez i występuje w naprawdę wypasionych highendowych wersjach, ale nie łapie się do kategorii najbardziej pożądanych rowerów z duszą bo w kolekcji ma też bardzo proste i tanie modele. Jeśli jesteś fanatykiem zasad Euro i całej otoczki to możesz się tym przejmować. Ale jeśli nim nie jesteś to wcale nie musisz.
Możesz po prostu przeczytać tę recenzję i samemu ocenić ile wart jest ta bryka.


Canyon Polska przysłał mi model Ultimate AL 7.0. Najniższy z serii Ultimate AL. Mogli podesłać jakiegoś wypasa na Recordzie, napisałbym tylko, że jest super ekstra i potem bym uciekł z nim do Meksyku. Ale nie, dostałem tego, i dobrze, to większe wyzwanie. Lepiej też dla Was bo pewnie znajdzie się więcej osób których właśnie ten model zainteresuje.
Jeździłem na nim 3 tygodnie. Pierwszego zachwycałem się tym, jak fantastycznie wszystko w nim działa. Nigdy tak dobrze, tak cicho i lekko nie działał żaden z moich rowerów. Od wyjęcia z kartonu do ostatnie dnia testu nie robiłem z nim nic.. i nie działo się nic. Mam talent do niszczenia rowerów więc potrafię to docenić. Drugiego wkurzałem się na zupełnie niepodchodzącą mi geometrię. Na Canyonie dziwnie się siedzi, sztyca ma wielki offset, a główka jest  wysoka. Nie znalazłem dla siebie odpowiedniej pozycji na tym rowerze, może powinienem wziąć rozmiar S zamiast M (mam 176 cm wzrostu i stosunkowo długi tułów jak na kolarza). A może to producent przesadził z szukaniem kompromisu między zrobieniem czegoś między sportową a rekreacyjną maszyną. Trzeciego tygodnia odkryłem co jest największym atutem tego Canyona. On jest po prostu mega komfortowy. Lecisz sobie po polskich drogach, po szutrówkach, po kraterach i nie dzieje się nic. Suniesz sobie bezboleśnie jak po maśle i patrzysz z politowaniem na kolegów którymi miota na prawo i lewo.

To są trzy punkty które jakoś najbardziej mnie zaaferowały podczas testu. Ale jakbym na tym skończył to nie byłbym w porządku wobec Was którzy chcecie się czegoś więcej dowiedzieć o tym rowerze. Więc teraz czas na wypunktowanie. Specyfikacja, czyli spalara, co jest trzepackie i co jest PRO.


Spalara
Całą dokładną specyfikację znajdziesz pod tym linkiem. A że spalara nie jest mile widziana na tym blogu, będzie krótko. W skrócie wygląda to tak, amelinowa rama F8 z przekrojami rur jak w rurociągu jamalskim. Widelec ma za długą nazwę żeby ją tutaj pisać ale ma za to fikuśny kształt dzięki któremu tłumi drgania jak marzenie. Calutki osprzęt Shimano 105, z kompaktową korbą, przerzutką tylną z długim wózkiem i kasetą o niezliczonej ilości zębów. Koła Mavic Ksyrium Equipe z oponami Mavica Yksion szału nie robią, tym bardziej jeśli przesiądziesz się z szytek i carbo stożków. Komponenty Riczeja, carbo sztyca Canyona i siodło Selle Italia X1. Prosty rower bez fajerwerków. Waży 7,7 kg i kosztuje 5709 ziko. Mało.


Co jest trzepackie
  • Kaseta. Jej największa zębatka ma tyle zębów, że próby policzenia ich mogą wpędzić w depresję najlepszych matematyków. W szosie nie przystoi mieć czegoś takiego. 
  • Długi wózek w tylnej przerzutce. Patrz wyżej.
  • Osprzęt wędkarski. Shimano 105 to nie jest szczyt marzeń EuroPRO kolarza. Nie wygląda najlepiej, manetki nie leżą w dłoni dobrze. 
  • Koła. Miękkawe. Opony twarde, 'nie kleją' się do szosy. I nie są stożkami. No ale zawsze dają Ci wymówkę, że to przez nie strzeliłeś z koła na ogórku, w końcu jakbyś miał zippy to Ty byś wszystkich zrywał.
  • Stery. Wynalazek marki Acros polega na tym, że zamiast wkręcać na śrubę topcap, po prostu wciskasz go ręką. I już. I podczas jazdy możesz sobie tego topcapa wyciągnąć. Nie podchodzi mi to. Chociaż fakt, że możesz sobie coś kitrać w rurze sterowej może zainteresować koksiarzy, albo łakomczuchów.
  • Ritchey. Mostek i kiera to alumieniowy podstawowy riczej. Raz, że miękki, dwa, że gięcie kierownicy jest zwyczajnie niewygodne. Przynajmniej dla mnie.
  • Siodło. W dobie BG fitów wiadomo, że każdy potrzebuje inne siodełko. Nie jestem fitterem ale mogę powiedzieć Ci, że ten model Selle Italia nie jest dla Ciebie.

Co jest PRO
  • Rama. Jeśli w rowerze za niecałe 6 koła dostajesz ramę na której prosi startują w Paris-Roubaix czy Ronde van Vlaanderen to albo ktoś się pomylił albo masz szczęście. W tym wypadku masz szczęście. Bo ta rama jest naprawdę dobrą aluminiową ramą. O klasycznych, eleganckich kształtach. Ze sporymi przekrojami rur i masie mięsa na suporcie dzięki czemu jest całkiem sztywna. Z linkami prowadzonymi wewnątrz co jest przyjemnym dla oka detalem. I całkiem niewiele waży.
  • Widelec. Patrzysz z boku, jest wąziutki, dopasowany do ramy, dobrze wygląda. Patrzysz z góry, wygina się niepokojąco na zewnątrz, dziwnie to wygląda. Ale działa. Wygładza polskie kratery jak złoto.
  • Malowanie. To je amelinum, tego nie pomalujesz. A jednak. Zawsze podobał mi się minimalistyczny styl Canyona. I jeśli koleżka z zajawką na zasady Euro sam z siebie zagaduje, że ładne malowanie to faktyczne musi tak być. I porządnie wykonane.
  • Owijka. Biała, choć to niepraktyczne. Owinięta like a PRO. Z białymi korkami. Euro.
  • Sztyca. Standard, ale jak na rowery z pięciocyfrowej półki cenowej. Carbonowa, o świetnym designie i z masą możliwości ustawienia offsetu i siodła. Raryt.
  • Detale. Kiedy się robi tani rower to się go robi tak, żeby był tani. Canyon chyba jeszcze na to nie wpadł. I pakuje tu i tam miłe dodatki, gumki na pancerze żeby nie obiły ramy, pokrętła do regulacji przerzutek tuż pod kierownicą, mocny bikeshield na tylnych widełkach, obejma sztycy o pomysłowym kształcie. Detale tworzą całość.
  • Kaseta. Dzięki temu, że jest trzepacka możesz być zawsze wierny 90 zasadzie OREC Euro mówiącej 'nigdy nie zrzucaj z blatu'.

Summa summarum
Z tym Canyonem to jest trochę jak z samochodem, jednym z Twoich pierwszych. Wyobraź sobie, że masz odłożoną jakąś kwotę i zaczynasz się zastanawiać na co by tu ją wydać. Z jednej strony możesz sobie kupić starą betkę, taką naprawdę starą, klasyczka, na widok którego każdemu Twojemu ziomowi opadnie szczęka z brzdękiem o ziemię. Z drugiej strony za tyle samo możesz kupić w salonie np. nową toyotę yaris. Z jednej strony robiący furorę rekin który pewnie zaraz zacznie się sypać, z drugiej sprawdzony i pewny wózek którym furory może i nie zrobisz ale będziesz mieć spokój na duszy. 
Canyon jest właśnie takim autem z salonu. Solidny, dobrze działający rower dla osób które nie czują potrzeby lansowania się po deptaku ani stosowania się do zasad Euro, tylko chcą zrobić swój trening od świtu do zmroku i mieć pewność, że jutro ten rower ich znowu nie zawiedzie. Ja do nich nie należę, ale jeśli Ty tak, to śmiało mogę Ci polecić Canyona.
 

Zdjęcia zrobił Filip Okopny.

Hajlajtsy: Etap Touru na Mont Ventoux


Pomyśl sobie, jedziesz 220 km,idzie gaz od startu, na garminie prędkość ciągle koło 50 km/h i kiedy już masz zupełnie dosyć i korci Cię żeby wyrzucić rower do rowu, położyć na łące i odetchnąć, to nagle przed Tobą wyłania się podjazd. 20 km, średnio 7,5%, w lampie i na wietrze. Mont Ventoux. Istne piekło. Żeby się w coś takiego wpakować trzeba przegrać naprawdę poważny zakład. Albo być zawodowym kolarzem. Jak np. ci jadący Tour. I ten właśnie epicki etap. Jak ktoś nie oglądał, tutaj ma jego skrót. A jak oglądał to sobie przypomni. Zapraszam na Hajlajtsy.


Początek relacji. Wściekły Movistar zaczął rozprowadzać Valverde na finisz. 55 km do mety. Wątpliwie sprytne zagranie. A może po prostu wgrali sobie w garminy nie ten track i myśleli, że to już końcówka, to jest najbardziej prawdopodobne.


Tym czasem za rozpędzonym do granic movistarowych możliwości peletonem jedzie sobie wóz techniczny FDJ. Z rozbitą lampą. Zapewne właśnie za nim trening szybkości robił Yoann Offredo i znowu się zagapił.


Wyścig jedzie w najlepsze. Movistar juz finiszuje a tymczasem realizator puszcza filmik w którym, uwaga, występuje EXkoks Richard Viranque który wpadł w aferze Festiny. I teraz jedzie w ciuchach Festiny. I jojczy jak mu to ciężko. No wiadomo, jak wygrywałeś przed aferą było łatwiej, he he.


Tymczasem na trasie. 27 do mety. Movistarowi track pokazał, że to już koniec i meta, więc sobie zjechali na rozjażdżkę. A na czoło wyszedł skaj żeby wykonać robotę jakiegoś matematyka który wyliczył ile watów przez ile czasu ma każdy jechać, żeby możliwie najskuteczniej zepsuć widowisko kibicom.


Aha, z przodu był też odjazd. Ale się pokończył, tak że z przodu został sam Chavanel. No w sumie został sam bo skoczył. Jechał sobie w trupa z przodu na wypadek jakby Kwiato skoczył żeby na solo ogolić etap i całe Tour de France. Bardzo fajny pomysł.


W odjeździe był też Sagan. On też dostał złego tracka i na jakieś 15 do mety w środku niczego myślał, że wygrywa etap więc wykonał swój firmowy gest zwycięstwa z wheelie. Sorry Piotrek, to nie była meta. 
Nie da się ciągle wygrywać, taka lifa.


Tymczasem na kicie. Andre Gorilla Greipel w poszukiwaniu bananów.


Mont Ventoux zaczęło się na dobre. I co? I Omega sobie wyjechała na baja-bongo żeby z pełną nonszalancją pośmiać się z umierających odpalaczy. 


Ten moment. Serce każdego polskiego kibica urosło. Mistrz Świata na czas ciągnie grupę a za nim Kwiatek sobie pyka na górnym chwycie. Każdy pomyślał wtedy 'oł je, mamy to'.


Jednak nie mieliśmy. Movistarowi został jeszcze awaryjny zawodnik. Quintana. A dyrektor sportowy sfrustrowany wtopą z wcześniejszych kilometrów zastosował najbardziej bezwzględny zabieg. Czyli krzyknął Quintanie do słuchawki, że w peletonie kręcą się smutni panowie którzy chcą odesłać go do rezerwatu Indian. Zadziałało, jak zwykle. Quintana rzucił pół kasety w dół i odjechał.


I wtedy na scenę wkroczył nikt inny jak Chavanel. Profesorskie zagranie taktyczne, po to żeby był, z w miarę niezatartą nogą, z przodu i mógł pomóc Kwiatkowi. Szkoda tylko, że tego nie zrobił tylko sobie spłynął wprost do ósmej towarówy.


Mimo wszystko za wspaniałomyślne intencje odwdzięczyli mu się nasi kibice z Namysłowa. Sylvain ewidentnie nie jest ani Michałem, ani Polakiem, ale koszulka Omegi robi robotę. Zapamiętaj to sobie jak kiedyś zostaniesz mistrzem świata i będziesz wybierać sobie ekipę World Tour.


Spływać zaczął też Cadel Evans. Były zwycięzca. To dla niego nietypowa sytuacja. Zaczął panikować. Więc dla otuchy jego kolega z drużyny potrzymał go za rękę.


Na 10 do mety peleton zaczął się kończyć. Michał zjechał sobie do rantu żeby z rozpędu oddać ostatecznego skokena na wygranie Touru.


Ale ostatecznie sobie go odpuścił bo widział, że jak to zrobi i ogoli królewski etap i w cały Tour, to w kraju zapanuje kwiatkomania i nie będzie mógł już sobie nigdy pozwolić na występ gorszy niż ogolenie królewskiego etapu bo wtedy Ci wszyscy kibice zaczną wieszać na nim psy i pisoczyć, że się skończył. Po co to komu. Więc sobie spłynął. Rozsądnie.


Za to z przodu do walki ruszyli przedstawiciele krajów gdzie kibice nie mają tak zmiennych nastrojów i zaczęli kręć czterocyfrowe waty. 


I wszystko się porwało niczym gatki Hoogerlada po spotkaniu z drutem kolczastym.


Z przodu jednak nadal jechał Quintana który leciał jak na skrzydłach nie tylko za sprawą strachu zaaplikowanego przez dyrektora sportowego ale też kibiców. Jak ten z lewej który bezdyskusyjnie otrzymuje tytuł Kibica Miesiąca. On nie przyszedł tylko ot tak pokibicować, on wcześniej poszedł do lasu i upolował dzika czy co tam dzierżył, wypchał i dopiero wtedy był gotów wyjść kibicować. Takich kibiców nam trzeba, świat byłby lepszy.


Kiedy Quintane niósł strach i doping myśliwych, Froome pobijał swoje rekordy na swojej konsoli o nazwie SRM. Na 7 km do mety, obejrzał się tylko, zobaczył głównego rywala, Contadora na kole i odpalił rakietę. Trzema ruchami korby zrobił pół minuty przewagi.


Raz dwa dogonił Quintanę.


I zaraz zerwał.


Ale tylko na moment. Bo Nairo dostał na słuchawkę informację, że Froome wyrwał się z Kenii i zna triki do unikania smutnych panów którzy mogą np. odesłać cię do rezerwatu. Więc do niego podjechał, pogadać o tym i tamtym.
I na tym epickim etapie zaczęły się nudy.


Bo Contador też sobie znalazł koleżkę do pary i rozmowy.


Patrz na flagę z prawej. To strasznie fajne, że wierni kibice przedarli się na jakach przez Himalaje i pół Azji i Europy żeby dotrzeć na Mont Ventoux wspierać swoich. Tylko zaraz zaraz, ilu w peletonie jedzie zawodników z Tybetu?

Nudy ciąg dalszy. Chris ogląda film. Nairo zagaduje o triki na przechytrzenie smutnych panów. A czerwony Power Ranger wykonuje jakąś swoją misję. Dzisiaj to było kibicowanie. 


A teraz chwila dla najwspanialszych kibiców którzy wybrali się na Ventoux osobiście. Gdzieś tu jesteście. Możecie spróbować się wypatrzeć.


Końcówka. Froome zrywa Quintanę. Pytanie brzmi, czy podzielił się wiedzą? Czy za bardzo rozpraszał go w oglądaniu filmu? A może Quintana podglądał film Chrisa i było mu to nie w smak?


"nie ma dzieciaczka, mogę odpalić ten skecz z beką z Indian"


"he he"


Każda wspinaczka się kiedyś kończy. Nawet ta na Mont Ventoux. Froome sobie wygrał, Quintana był drugi a Kwiato osiemnasty. A Szmyd nie.


"I co z tego, że mnie zerwaliście hę? Jestem Mistrzem Świata, nie muszę niczego udowadniać, ot co"