Strony

Hajlajtsy: Etap Touru na Mont Ventoux


Pomyśl sobie, jedziesz 220 km,idzie gaz od startu, na garminie prędkość ciągle koło 50 km/h i kiedy już masz zupełnie dosyć i korci Cię żeby wyrzucić rower do rowu, położyć na łące i odetchnąć, to nagle przed Tobą wyłania się podjazd. 20 km, średnio 7,5%, w lampie i na wietrze. Mont Ventoux. Istne piekło. Żeby się w coś takiego wpakować trzeba przegrać naprawdę poważny zakład. Albo być zawodowym kolarzem. Jak np. ci jadący Tour. I ten właśnie epicki etap. Jak ktoś nie oglądał, tutaj ma jego skrót. A jak oglądał to sobie przypomni. Zapraszam na Hajlajtsy.


Początek relacji. Wściekły Movistar zaczął rozprowadzać Valverde na finisz. 55 km do mety. Wątpliwie sprytne zagranie. A może po prostu wgrali sobie w garminy nie ten track i myśleli, że to już końcówka, to jest najbardziej prawdopodobne.


Tym czasem za rozpędzonym do granic movistarowych możliwości peletonem jedzie sobie wóz techniczny FDJ. Z rozbitą lampą. Zapewne właśnie za nim trening szybkości robił Yoann Offredo i znowu się zagapił.


Wyścig jedzie w najlepsze. Movistar juz finiszuje a tymczasem realizator puszcza filmik w którym, uwaga, występuje EXkoks Richard Viranque który wpadł w aferze Festiny. I teraz jedzie w ciuchach Festiny. I jojczy jak mu to ciężko. No wiadomo, jak wygrywałeś przed aferą było łatwiej, he he.


Tymczasem na trasie. 27 do mety. Movistarowi track pokazał, że to już koniec i meta, więc sobie zjechali na rozjażdżkę. A na czoło wyszedł skaj żeby wykonać robotę jakiegoś matematyka który wyliczył ile watów przez ile czasu ma każdy jechać, żeby możliwie najskuteczniej zepsuć widowisko kibicom.


Aha, z przodu był też odjazd. Ale się pokończył, tak że z przodu został sam Chavanel. No w sumie został sam bo skoczył. Jechał sobie w trupa z przodu na wypadek jakby Kwiato skoczył żeby na solo ogolić etap i całe Tour de France. Bardzo fajny pomysł.


W odjeździe był też Sagan. On też dostał złego tracka i na jakieś 15 do mety w środku niczego myślał, że wygrywa etap więc wykonał swój firmowy gest zwycięstwa z wheelie. Sorry Piotrek, to nie była meta. 
Nie da się ciągle wygrywać, taka lifa.


Tymczasem na kicie. Andre Gorilla Greipel w poszukiwaniu bananów.


Mont Ventoux zaczęło się na dobre. I co? I Omega sobie wyjechała na baja-bongo żeby z pełną nonszalancją pośmiać się z umierających odpalaczy. 


Ten moment. Serce każdego polskiego kibica urosło. Mistrz Świata na czas ciągnie grupę a za nim Kwiatek sobie pyka na górnym chwycie. Każdy pomyślał wtedy 'oł je, mamy to'.


Jednak nie mieliśmy. Movistarowi został jeszcze awaryjny zawodnik. Quintana. A dyrektor sportowy sfrustrowany wtopą z wcześniejszych kilometrów zastosował najbardziej bezwzględny zabieg. Czyli krzyknął Quintanie do słuchawki, że w peletonie kręcą się smutni panowie którzy chcą odesłać go do rezerwatu Indian. Zadziałało, jak zwykle. Quintana rzucił pół kasety w dół i odjechał.


I wtedy na scenę wkroczył nikt inny jak Chavanel. Profesorskie zagranie taktyczne, po to żeby był, z w miarę niezatartą nogą, z przodu i mógł pomóc Kwiatkowi. Szkoda tylko, że tego nie zrobił tylko sobie spłynął wprost do ósmej towarówy.


Mimo wszystko za wspaniałomyślne intencje odwdzięczyli mu się nasi kibice z Namysłowa. Sylvain ewidentnie nie jest ani Michałem, ani Polakiem, ale koszulka Omegi robi robotę. Zapamiętaj to sobie jak kiedyś zostaniesz mistrzem świata i będziesz wybierać sobie ekipę World Tour.


Spływać zaczął też Cadel Evans. Były zwycięzca. To dla niego nietypowa sytuacja. Zaczął panikować. Więc dla otuchy jego kolega z drużyny potrzymał go za rękę.


Na 10 do mety peleton zaczął się kończyć. Michał zjechał sobie do rantu żeby z rozpędu oddać ostatecznego skokena na wygranie Touru.


Ale ostatecznie sobie go odpuścił bo widział, że jak to zrobi i ogoli królewski etap i w cały Tour, to w kraju zapanuje kwiatkomania i nie będzie mógł już sobie nigdy pozwolić na występ gorszy niż ogolenie królewskiego etapu bo wtedy Ci wszyscy kibice zaczną wieszać na nim psy i pisoczyć, że się skończył. Po co to komu. Więc sobie spłynął. Rozsądnie.


Za to z przodu do walki ruszyli przedstawiciele krajów gdzie kibice nie mają tak zmiennych nastrojów i zaczęli kręć czterocyfrowe waty. 


I wszystko się porwało niczym gatki Hoogerlada po spotkaniu z drutem kolczastym.


Z przodu jednak nadal jechał Quintana który leciał jak na skrzydłach nie tylko za sprawą strachu zaaplikowanego przez dyrektora sportowego ale też kibiców. Jak ten z lewej który bezdyskusyjnie otrzymuje tytuł Kibica Miesiąca. On nie przyszedł tylko ot tak pokibicować, on wcześniej poszedł do lasu i upolował dzika czy co tam dzierżył, wypchał i dopiero wtedy był gotów wyjść kibicować. Takich kibiców nam trzeba, świat byłby lepszy.


Kiedy Quintane niósł strach i doping myśliwych, Froome pobijał swoje rekordy na swojej konsoli o nazwie SRM. Na 7 km do mety, obejrzał się tylko, zobaczył głównego rywala, Contadora na kole i odpalił rakietę. Trzema ruchami korby zrobił pół minuty przewagi.


Raz dwa dogonił Quintanę.


I zaraz zerwał.


Ale tylko na moment. Bo Nairo dostał na słuchawkę informację, że Froome wyrwał się z Kenii i zna triki do unikania smutnych panów którzy mogą np. odesłać cię do rezerwatu. Więc do niego podjechał, pogadać o tym i tamtym.
I na tym epickim etapie zaczęły się nudy.


Bo Contador też sobie znalazł koleżkę do pary i rozmowy.


Patrz na flagę z prawej. To strasznie fajne, że wierni kibice przedarli się na jakach przez Himalaje i pół Azji i Europy żeby dotrzeć na Mont Ventoux wspierać swoich. Tylko zaraz zaraz, ilu w peletonie jedzie zawodników z Tybetu?

Nudy ciąg dalszy. Chris ogląda film. Nairo zagaduje o triki na przechytrzenie smutnych panów. A czerwony Power Ranger wykonuje jakąś swoją misję. Dzisiaj to było kibicowanie. 


A teraz chwila dla najwspanialszych kibiców którzy wybrali się na Ventoux osobiście. Gdzieś tu jesteście. Możecie spróbować się wypatrzeć.


Końcówka. Froome zrywa Quintanę. Pytanie brzmi, czy podzielił się wiedzą? Czy za bardzo rozpraszał go w oglądaniu filmu? A może Quintana podglądał film Chrisa i było mu to nie w smak?


"nie ma dzieciaczka, mogę odpalić ten skecz z beką z Indian"


"he he"


Każda wspinaczka się kiedyś kończy. Nawet ta na Mont Ventoux. Froome sobie wygrał, Quintana był drugi a Kwiato osiemnasty. A Szmyd nie.


"I co z tego, że mnie zerwaliście hę? Jestem Mistrzem Świata, nie muszę niczego udowadniać, ot co"