Strony

Rutyna


To jest tak. Wygrywasz w totka. Pakujesz swoje nowiutkie Pinarello, lecisz na Majorkę czy inną Teneryfę i codziennie pykasz sobie od świtu do zmroku nie martwiąc się o nic. Albo inaczej. Jesteś zawodowym kolarzem, powiedzmy Piotrkiem Saganem. I prawie cały rok jeździsz sobie po calutkim świecie, wygrywasz największe wyścigi i łapiesz za pośladki belgijskie hostessy. Albo jeszcze inaczej. Jesteś blogerem. Piszesz jakieś wypociny, takie jak te które teraz czytasz, sprzedajesz kontenery skarpetek i jeździsz sobie na rowerze tyle na ile masz tylko ochotę na każdy trening zakładając inną parę oksów. Albo zupełnie inaczej. Jesteś sobą za parę lat. Masz super pracę którą lubisz, masz własny domek na przedmieściach, audika w tdiku, ogromną plazmę i zestaw garnków zeptera. I jeździsz sobie na niedzielne rundy i różne ogórki. Czasem sobie coś wygrasz, częściej nie. Ale i tak jesteś zadowolony z tego co się akurat dzieje z Twoim życiu.


Ogólnie rzecz biorąc, masz w życiu superwypas. I to sobie trwa. Dzień, tydzień, miesiąc, rok.. Trwa na tyle długo, że w Twoje klawe życie wkrada się coś takiego, co sprawia, że to klawe życie jest jakby odrobinę mniej klawe. To coś to rutyna.


Bo jak bardzo super byś w życiu nie miał. Jak bardzo EuroPRO roweru byś sobie nie kupił do kręcenia po Majorce, jak wielu zwycięstw i pup hostess byś nie zaliczył, jak mocno nie rozhulałbyś swojego bloga czy jak fantastycznie nie ogarnąłbyś swojego życia to prędzej czy później Cię to dopadnie. Tak to już jest. Kiedy za długo powtarzasz w kółko ten sam schemat działania, nawet jeśli jest tym superwypasem, to w końcu zacznie Ci się nudzić, stanie się to rutyną i zacznie Cię męczyć.


I nie ma w tym nic złego. To po prostu świetny sygnał żeby się na chwilę wyrwać z tego schematu w kółko tych samych działań. I zrobić coś dla siebie. Wleźć na jakąś górę, złowić rybę w rzece, poleżeć sobie na plaży, skoczyć ze spadochronem czy co kto tam lubi. Odciąć kupon od przygody. A potem spokojnie wrócić do normalnego życia. Z nową energią, doceniając tym bardziej to co się ma. Tak to działa.


Problem w tym, że nie potrafisz sobie pozwalać na takie czilałty, wyrwać się ze szponów rutyny. Ze strachu. Że coś stracisz, nie wiem, nogę na którą tyrałeś całą zimę, albo pozycję w generalce pipidówka tour. Że spadną Ci statsy na blogu albo wyleją Cię z pracy. Z głupoty. Bo myślisz że jesteś nieśmiertelny, więc odkładasz życie na później np. tyrając po godzinach. Z wygody. Bo skoro wczoraj, przedwczoraj i miesiąc temu zrobiłeś coś tam samo to czemu miałbyś to zrobić inaczej. Jak w Dniu Świra. Tak to już jest.  
Wpadłeś w szpony rutyny bo się boisz przyszłości. Albo liczysz, że ona będzie lepsza. Nonsens. Przyszłość jeszcze nie istnieje. Istnieje to co jest teraz. Jak chcesz mieć klawe życie to się zbierz na odwagę i coś z nim w końcu zrób.


To jest właśnie pierwszy powód dlaczego uciekłem do Norwegii.