Strony

Występ gościnny

Szymonbike siedzi sobie w Norwegii, już sam nie wie ile, a jego blog z dnia na dzień coraz bardziej mu usycha z braku jakichkolwiek postów. Usychają też czytelnicy, z tęsknoty za czymś co da się przeczytać, co nie jest kolejnym sztampowym tekstem największego portalu w tym kraju i za granicami również.
Ale ale! Na szczęście szymonbike ma kolegów którzy podsyłają mu relacje z tego co się dzieje w ojczyźnie i to w taki sposób, że jego teksty są niczym uda Greipela robiące 1800 W, na górskim etapie Touru, czyli nic nie warte.
Oto i jedna z nich, występ gościnny, endżoj.



Panie, czerwona kartka w kalendarzu - rondo! No to Krystian pojechał. Już dawno pozbyłem się złudzeń, że jest to fajna ustawka na przyjemną przejażdżkę mocniejszym tempem. Ok, spokojnie, macie rację - to jest sport, tutaj "najgorszy kolarz wciąż jest kurwa zajebisty" i trzeba zajebać się w trupa no bo stawka jest duża. Niech im będzie, to w końcu amatorzy głodni rywalizacji - nikt im się ścigać nie broni. A wyścig rządzi się własnymi prawami, nie ma tutaj miejsca na sentymenty. Wkraczamy w decydującą fazę czwartkowego etapu. Nerwowe odliczanie kilometrów, ciężki oddech mastersów, którym bliżej do nadwagi niż do kolarstwa.
Jest! Na horyzoncie widać sylwetki kilku kolarzy. Ucieczka zostanie skasowana, finisz z peletonu! Nie ma na co czekać, agresywna jazda w czubie stawki, tempo przyznam naprawdę przyzwoite, tak na mocną 5tkę. Rządy w peletonie obejmuje jakiś gość w stroju activejet'u. Szprycha? Nie wiem, wybacz moją ignorancję, ale w sumie nie znam typa. Oprócz wspomnianego powyżej pseudonimu godnego syna spod czarnej gwiazdy kradnącego kołpaki na pradze mówili chyba o nim też Teresa - pewnie żeby ocieplić wizerunek. Albo uśpić czujność. Chuj wie.
DO BRZEGU: Szprycha gna jak szalony, za nim adrian aban - nie lada zgrywus! Zebrało się naszemu kolarzowi w niebieskim stroju na docinki w kierunku peacemaker'a, mało wybredne, ale według mnie jeszcze akceptowalne. ALE NIE DLA SZPRYCHY! Narastające zmęczenie, oddalająca się ucieczka i jeszcze te docinki, którym daleko było do słów otuchy przelały czarę goryczy. Co robić, jak zareagować? Odwrócić się i go zbluzgać? Pozdrowić środkowym palcem? JEBAĆ TO, WSZYSTKO ALBO NIC, DAM KURWIE W AMPEL. Jak pomyślał tak i zrobił, ciągnąc peleton beztrosko rozpoczął manewr nagłego hamowania. Adrian Aban zmęczył się tą pogonią i czym prędzej położył się na ziemi. 'Fajny pomysł' pomyślała reszta strudzonych pracą kolarzy i dołączyła do plażowicza. Niestety każda przyjemność okupiona jest konsekwencjami, była złamana rama, wygięte koło, pozdzierane łokcie i uda. Jakie wnioski wyciąga nasz 'aban'? No cóż, wroga w mordę trzeba lać. Rozpoczyna się gala MMA. Szybka pogoń za winowajcą kraksy, zepchnięcie go do rowu i normalny fajt. Fajnie, miał być zlot kolarzy, a mamy galę boksu! Potem popis retoryki, trochę z łaciny i po rozdzieleniu walecznych samców wróciliśmy do ścigania.

(Ze względów na oszczędzenie twarzy i w ogóle życia autora przed ewentualną zemstą bohaterów niedzielnej rundy - imiona i ksywki zostały zmienione)


To jest też właśnie pierwszy powód dlaczego nie jest mi spieszno do powrotu do Polski.