Strony

Roadtripping Norway. Wersja polska.



Jakoś tak wyszło, że w te wakacje odhaczyłem akcję życia. Opisana i fantastycznie obfotografowana podbiła kolarskie internety. Z tym że po angielsku.
To świetnie że jesteś poliglotą i już dawno sobie to przeczytałeś ale tak myślę, że kiedy jeszcze myśli latające Ci po głowie formułują się po polsku, to mimo wszystko przyjemniej czyta się właśnie w tym języku.
Tak więc teraz Roadtripping Norway masz do poczytania po polsku. Niby to to samo ale może trochę bardziej zadziała Ci na wyobraźnię i umili wieczór.
Do poczytania i do pooglądania. Starałem się odkopać jeszcze jakieś zdjęcia Piotra Trybalskiego których dotąd nie widziałeś. A jest co oglądać, nawet po raz setny. 
Smacznego.


I nagle sobie uświadamiasz, że jadąc tą piękną, krętą szosą, zatracony w zachwycie nad ogromnymi przestrzeniami, górami i fiordami zapomniałeś zupełnie o tym aby uważać na kierowców czy dziury w szosie. Bo ich po prostu nie ma. Jesteś tylko Ty i szosa marzenie.


Taka już jest Norwegia. Kraj który z kolarstwem na tyle wspólnego co Hiszpania z biegami narciarskimi, czyli tyle co nic, a w którym mimo to powstał kolarski raj. Zupełnie przez przypadek. Bo Norwegowie mają rozmach. Kładą perfekcyjnie gładkie szosy gdzie tylko popadnie. Czy to na sam szczyt góry, poprzez małe wysepki na morzu, czy przez górskie doliny albo nadmorskie pustkowia. Czasem zdają się nie mieć celu, ani sensu. Całe szczęście, bo w ten sposób, zupełnie nieświadomie, tworzą ogromną ilość fantastycznych miejsc do jazdy. To tak jakby robili je dla nas, kolarzy, w prezencie.


Oni nie wiedzą, że je sprawiają, ale nie wie o tym też cała masa kolarzy. Znają je tylko lokalsi. W końcu każdy trzeźwo myślący kolarz jeśli będzie miał wyskoczyć gdzieś dalej na weekend wybierze Alpy, Dolomity czy inne Pireneje. Pewne miejscówki. Zjeżdżone setki razy. 


Ile można, czemu tym razem nie spróbować czegoś nowego? Wpakować się z kumplami do auta i ruszyć w poszukiwaniu szos kolarzom nieznanych. Zaryzykować porzucenie komfortu sprawdzonych i obleganych tras, pewnej pogody i udać się w zupełnie odwrotnym kierunku, na północ Europy.


Jest nas trzech, Karol, Wojtek i ja, Szymon. Jest sierpień i nikt nie robi sobie już ciśnienia na wyniki, na sprzęt czy to wszystko co na początku sezonu wydawało się tak istotne. Zostawiamy w domu pulsometry, mierniki mocy i inne tego typu bzdety. Zapominamy o planach treningowych, klasyfikacjach lokalnych ogórków i tym wszystkim co powstrzymuje zatwardziałych spalaczy przed takimi akcjami. Po prostu jedziemy przed siebie, w głąb Norwegii, w poszukiwaniu szos marzeń. I przy okazji przygody.


Plan jest prosty jak strzelanie z koła Purito Rodriguezowi pod sztajfę. Dwa treningi nietreningi, od świtu do zmroku. Pierwszy nad morzem, drugi w górach. Zaliczenie największych atrakcji turystycznych które da się przejechać rowerem. Wiele więcej nie ustalamy. Im mniej planowania tym więcej przygody. 


Nie jesteśmy w formie, najdalej od niej jest Wojtek który na swój pierwszy lot zasypia, żeby dolecieć dwa dni później. Więc mamy też mało czasu. To niedobrze bo akurat pogoda się psuje, ale teraz nie ma już mowy o przeczekiwaniu brzydszych dni. Ale w końcu to Norwegia, tutaj deszcz jest integralną częścią krajobrazu. Trochę nas to martwi, nie da się ukryć, chmury zasłonią lwią część fantastycznych widoków, no, ale nie ma co się złościć na coś czego i tak się nie zmieni tylko robić swoje. 


Budzik dzwoni o nieludzkiej porze, jest jeszcze ciemno ale nie musisz wyglądać za okno żeby zobaczyć jaka jest pogoda, wystarczy, że słyszysz dźwięk spadających kropli deszczu. Udajesz, że wcale tego nie zarejestrowałeś i jak gdyby nigdy nic zjadasz porządne śniadanie i pakujesz do fury razem z chłopakami. Kierunek Molde. Baza wypadowa obu treningów. 


Miasto róż. Które nas w ogóle nie obchodzą. Tutaj jest coś o niebo lepszego, Panorama Molde. Z punktu widokowego Varden podobno widać 222 szczytów. My ich nie zobaczymy, z dwóch powodów, raz że wszystkie schowane są za chmurami, dwa, że nasze oczy są ciągle zaspane z braku kofeiny. Niby na szczycie stoi kawiarnia, ale co z tego, skoro jest zamknięta. To tutaj dość typowe. 


Tak więc stoimy sobie sami na szczycie Varden na który prowadzi 5 km sztywny podjazd. Trochę asfaltu trochę szutru, profilowane zakręty a na końcu tylko parking i zamknięta kawiarnia. Pierwsza szosa – prezent zaliczona na dzień dobry. 


Nie pozostaje nic innego jak dopić resztkę kawy z termosu, aby dopełnić kolarskiego ceremoniału, i ruszać przed siebie. Dzisiaj kręcimy nad morzem. Chcemy obskoczyć całe Atlantic Road i objechać wyspę Averoy. I zrobić 222 km, tyle ile szczytów widać z panoramy Molde. 


Nie jestem fanem długich dystansów, przyznam się szczerze, że nigdy tyle nawet nie przejechałem. Ale jakoś o tym nie myślę. Ciężko zaprzątać sobie głowę śmieciowymi myślami kiedy wokół jest tak pięknie. Po prostu cieszysz się jazdą i faktem, że już za moment czeka Cię droga uznana za najpiękniejszą na świecie. Poważna sprawa. Atlantic Road. 


Każdy z Was ją kojarzy, chociażby ze zdjęć którymi ciężko się nie zachwycić. Nitka szosy wije się między małymi wysepkami połączonymi pokręconymi mostami. To naprawdę robi wrażenie. Jest tylko jeden szczegół o którym w ogóle nie myślisz oglądając te zdjęcia. Wszystkie są zrobione z lotu ptaka albo ze wzgórza na które fotograf musiał się uprzednio wdrapać. A Ty nie jesteś ptakiem ani zwinnym fotografem. Jesteś kolarzem który nagle znalazł się na pełnym morzu i przeklina sam siebie za to, że wybrał koła z wysokim stożkiem. 


Siła sugestii jednak jest mocna, jakbyś nie cierpiał to i tak czujesz, że znalazłeś się w wyjątkowym miejscu i nie przeszkadza Ci nawet to, że kolejna kawiarnia jest zamknięta a wiatr zimny i zawsze w twarz, szczególnie doskwierający na najbardziej charakterystycznym z mostów – Storseisundbrua, który wygina się szerokim i wysokim łukiem po to żeby na szczycie z całym impetem uświadomić Ci, co oznacza określenie "cofło Cię".


Nawet po objechaniu magicznej wyspy Averoy, bez kawałka płaskiego, na której co 5 minut kompletnie zmienia się krajobraz a zamiast typowych w Skandynawii reniferów mijasz raz po raz lamy. 
Nawet jadąc w drugą stronę masz pod wiatr. 
I dobrze, jedziesz wolniej, możesz się dłużej tym nacieszyć. Druga szosa-prezent zaliczona. 


Zaraz potem posypały się kolejne, bo powrót do Molde zafundowaliśmy sobie bocznymi drogami. Nieważne czy droga prowadzi do miasteczka czy do jednego domku, zawsze jest perfekcyjny asfalt, zawsze jest jakiś fantastyczny widoczek i nigdy nie ma dużego ruchu. To taki Norweski trik, gdziekolwiek byś w tym kraju się nie znalazł, wyjedź sobie na boczną drogę, znajdziesz szosę marzeń. Proste.


Jesteśmy z powrotem w Molde. Bomba dawno już nas wybrała a czeka nas jeszcze podjazd pod Varden. Jakby było jeszcze mało złego Karol zerka na Garmina i stwierdza  'no cóż, plan 222 km się już nam dzisiaj nie uda'. Smuteczek, co zrobić, trzeba wjechać ten podjazd mordercę i wrócić na tarczy do domu, trudno się mówi. Varden który po całym dniu walki z nadmorskim wiatrem i ponad 200 km w nogach stał się jakiś taki bardziej stromy i nawet jadąc tropem węża ledwo daje się wyjechać. W myślach dziękuję losowi za kompaktowe korby. Pół dnia później, już na szczycie pytam Karola o to ile nam wyszło tych kilometrów i słyszę w odpowiedzi, 230. Uff, taką porażkę to ja rozumiem.


Molde – Dalsnibba. A właściwie kawałek za Molde. Bo Norwegowie poza stawianiem górskich dróg donikąd czy mostów na morzu lubią też drążyć tunele. Na przykład pod fiordami. Trzeba połączyć dwa brzegi? Bum! Zrobimy tunel pod morzem. Do półmetka jest fajnie, jedziesz kilka kilometrów w dół. Tyle że potem trzeba to wjechać, tunelem, powoli, bez żadnego punktu odniesienia, czekając na rozjechanie przez ciężarówkę. Katorga. Góra której szczyt zdobyty po heroicznej walce ma całe 0 metrów nad poziomem morza. To nie dla nas. Zaczniemy za tunelem. I tak będzie dzisiaj co jechać. W deszczu.


Droga faluje przyjemnie, nogi kręcą się dobrze a nastroje dopisują. Zupełnie jakbyśmy zapomnieli, że przed nami trasa tak ciężka, że normalny człowiek musiałby przegrać poważny zakład żeby się w nią wpakować. Ale póki co jest fajnie. Trochę błądzimy, skręcając do rybackiej wioski, rzecz jasna po idealnym asfalcie. Trochę ocieramy się o śmierć kiedy Wojtek zaplątuje się w pelerynkę, tuż przed tirem, w tunelu. Na szczęście tiroman jest Norwegiem a oni nie wiedzą co to złość więc oszczędzają nam Wojtka i już zaraz dojeżdżamy do kolejnego fiordu. 


To jest właśnie ten wspaniały klimat Norwegii. Fiordy i promy przez nie pływające. Są wszędzie a korzystanie z nich jest tak naturalne jak stawanie na czerwonym świetle czy zrzucanie na małą tarczę na widok sztajfy. Tak się podróżuje przez ten kraj. Dlatego też pewnie tak ciężko zrobić tutaj wyścig w tych najpiękniejszych miejscach. Ale my się nie ścigamy, my cieszymy się pierwszym coffebreakiem, nawet jeśli kawa jest zupełną lurą. O tak, kawa nie jest mocną stroną wikingów. To ewidentnie nie są Włochy. Tutaj pije się laną z termosu czarną siekierę, bez mleka, bez cukru, mocną tak, że postawiona w filiżance łyżeczka stoi na sztorc.


Z promami jest też dobre to, że kiedy wszystkie samochody już z nich wyjadą i pojadą przed siebie, to do następnego kursu szosa nagle kompletnie pustoszeje. Możesz się w pełni nacieszyć widokami. No chyba że Ty, podobnie jak Twoi koledzy, jesteś naładowany kofeiną i pełen energii, zarzucasz mimowolnie na blat oś, łapiesz za dół i dopóki droga wije się niewinnie wokół fiordu ciśniesz po zmianach w trupa. I dopiero znak drogowy na Trollstigen i powoli wyłaniające się ośnieżone szczyty każą Ci się opanować. Teraz się dopiero zacznie.


Złota Droga. Budowana przez 8 lat żeby połączyć dwie pipidówki z różnych względów dla nich istotne. W bardzo spektakularny sposób. Czyste szaleństwo. Dziękujemy Wam Norwegowie że jesteście takimi szaleńcami. 


Dzięki waszemu rozmachowi teraz my możemy nacieszyć się jedną z najpiękniejszych szos na świecie. Trollstigen. Takie ministelvio. Ale nie ma co porównywać, jest cała masa dłuższych, bardziej stromych podjazdów na świecie ale ten jest jedyny w swoim rodzaju. 18 kilometrów, 800 metrów przewyższenia i 11 serpentyn na zboczu góry po którym, jakby jeszcze było mało, płynie wielki wodospad, a dookoła srożą się spiczaste szczyty gór. 


Dzisiaj niewiele widać, czasem tylko coś się wyłoni spomiędzy deszczowych chmur. Nie szkodzi, dzięki paskudnej pogodzie mamy cały podjazd tylko dla siebie. I atmosferę jak z finałowej sceny bitewnej Władcy Pierścieni. Tak się właśnie czujesz, jakbyś brał udział w czymś naprawdę wzniosłym. A nawet jeśli dopada Cię bomba, wiesz, że na szczycie czeka Cię kawiarnia z tarasem widokowym na cały podjazd. 


Która jak się okazuje, jest zamknięta. Normalka. Na szczęście tuż obok jest sklepik z tandetnymi suwenirami, gdzie płacąc jak za zboże dostajemy typową lurę z termosu w styropianowych kubeczkach. Ale jest kilka stopni i pada. Nikt nawet się nie zająknie. Morale dogorywa, a kiedy ruszamy ze szczytu oczekując zjazdu, jak to zazwyczaj po podjeździe bywa, i zamiast niego trafiamy na stromy podjazd, morale umiera w nas już zupełnie. Z naszymi opuszczonymi głowami wyglądamy jak Chris Froome looking at stem. 


Ale tak już w życiu jest, że czasem trzeba przecierpieć swoje żeby zasłużyć na nagrodę. Naszą była magiczna droga pór roku. 30 kilometrowy zjazd na szczycie którego lało i wiało jak w środku zimy, na którym kawałek dalej złote liście zmieniły scenerie na jesienną, później zielone pola na wiosenną a na samym końcu, nad fiordem, kiedy nareszcie zza chmur wyszło słońce, wróciło lato. A w nas, tym bardziej, że zaliczyliśmy kolejną przeprawę promem, wróciło życie. Przyda nam się jeszcze. 


Robi się późno, mamy do zrobienia mniej więcej 50 km i dwa podjazdy. Bułka z masłem. 
Wcale nie, tak naprawdę to już nadszedł ten moment, że wiesz, że ten trening będzie należał tych które zapamiętujesz na dłużej. Moment od którego już nikt nie finiszuje na tablicę, nikt nie podkręca tempa wychodząc na zmianę. Kończą się rozmowy i każdy w pełni skupia się na jeździe. Uwielbiam ten moment, ucinają się błahe pogaduchy, kończy paplanina, żadne zbędne myśli nie zakłócają Ci tego co się dzieje tu i teraz. Masz to czego chciałeś uciekając na weekend. 


Wpadasz w ten trans, we flow i prędzej czy później wjeżdżasz na szczyt Eagle Road która prowadzi stromymi serpentynami do słynnego kurortu Geiranger, który tak naprawdę jest mała pipidówką gdzieś w górach. I pod pretekstem nakręcenia filmiku ze zjazdu i konieczności zamocowanie kamerek tu i tam robisz sobie dłuższą przerwę. Zapychasz się ciasteczkami i innym prowiantem który pozornie ma oddalić Cię od bomby i ruszasz. Z 620 metrów do samego Geirangerfiordu. Super asfalt, profilowane zakręty a przede wszystkim brak klocków u Karola sprawiają, że jest szybko. Ale to już ostatni raz kiedy dzisiaj tak będzie. 


Jesteśmy w Geiranger, wszystko jest już pozamykane, robi się ciemno a najgorsze jest to, że jakby nie patrzeć jesteśmy mniej więcej na poziomie morza. A ostatnia góra jest nad nim jakieś 1500 metrów. Wojtka dopada bomba ostateczna i zalicza abandon, ja z Karolem pakujemy ostatnie ciasteczka jakie nam zostały i ruszamy dokończyć ten trening życia. 


Trochę się wpakowaliśmy bo próbowaliśmy zmotywować Wojtka mówiąc, że to nic takiego, że to tylko jeden podjazd, bułka z masłem. Nie przekonaliśmy go, siebie samych też nie bardzo. Trudno, później będziemy się z tego śmiać, teraz trzeba to zrobić. We mgle, bez rozmów. 


Z początku jechało mi się zaskakująco dobrze, nawet odrobinę zerwałem Karola. Rzuciłem sobie wszystko co miałem i jechałem, bez oglądania widoków bo wszystko zakryły chmury w które coraz głębiej wjeżdżałem. Jadę jadę i myślę, kurcze to już musi być blisko. Aż nagle wyłania się wielki kamień przy drodze z napisem '600 meter over havet'. To niewiele ponad 1/3 podjazdu. Jakby uleciało ze mnie powietrze. Właśnie dlatego nie lubię liczników. Za dużo sugerują, a wszystko siedzi w głowie. A w mojej właśnie kamienna tablica zrobiła całkowite spustoszenie. 


Wyprzedza mnie Karol i zaraz ginie we mgle a mi pozostaje jeszcze 400 metrów podjazdu do.. początku królewskiego podjazdu. Dalsnibba. Sztandarowy przykład szosy-prezentu. Zbudowana ogromnym nakładem pracy wielu Norwegów i wielkiej ilości dynamitu, specjalnie dla turystów Kończy się na szczycie góry, parkingiem i małą kawiarenką, rzecz jasna zamkniętą. 


Jak chcesz tam wjechać samochodem musisz ileś tam zapłacić na bramce, jak jesteś rowerem może ją zwyczajnie ominąć bokiem. I nacieszyć się niekończącymi się serpentynami i widokiem na Geirangerfiord ze szczytu. 


No chyba, że jedziesz tam z Molde, w deszczu i zimnie i opadłeś już zupełnie z sił. Ciężko w takich momentach cieszyć się z raju serpentyn. Teraz to raczej piekło. Tropem węża posuwasz się powoli do przodu obserwując jak na poboczu pojawia się coraz więcej śniegu a przed Twoimi oczami robi się coraz ciemniej. Jest już naprawdę wysoko ale ciągle nie widać końca. 


To są chwile kiedy w głowie pojawiają się myśli żeby wyrzucić rower do rowu i znaleźć sobie jakąś bardziej humanitarną pasję, ale jeśli to nie jest Twój pierwszy raz, to dobrze wiesz, że jeśli je przezwyciężysz to będziesz miał najlepszy pod słońcem materiał do wspomnień. Wiesz, że to są tylko myśli z których już jutro będziesz się śmiał i nawet jeśli w tym momencie jest Ci ciężko to tym więcej satysfakcji sobie właśnie fundujesz. 


Wjeżdżasz na szczyt, dookoła leży śnieg i nic nie zakłóca absolutnej ciszy. Otwierasz piwo o smaku nieznanym zwykłym śmiertelnikom. Smaku z dodatkiem ogromnej ilości zadowolenia i satysfakcji, na które zasłużyłeś wypadem takim jak właśnie ten.