Strony

Rób co chcesz. Nic nie żałuj.


A więc zostałeś kolarzem. Taki sobie los wybrałeś. Wporzo, ja też.
Bycie kolarzem zobowiązuje. Jak już trochę w tym siedzisz to wiesz jak jest. Jak jest zima to przerzucasz tony żelastwa na siłowni, biegasz po ciemnym lesie i w ogóle robisz sto przeróżnych metod treningowych. Na dzień. Jak jest wiosna to od bladego świtu do późnego zmroku tyrasz na swojej rozklekotanej zimówce w pośniegowej brei. Byle jak najwięcej natrzepać cyferek. Jak jest lato to w weekend jedziesz na zlot kolarzy a w tygodniu się spalasz. Tydzień w tydzień, miesiąc w miesiąc. Tak to już jest.
Ale w końcu to lubisz, czy nie tak? Okej, więc przychodzi potem jesień. I sobie myślisz, że w końcu odpoczniesz od tego kieratu. Że może już przestaniesz na chwilę być takim nolajfem rowerowym. Nic bardziej mylnego.


Otwierasz swoją ulubioną gazetkę a tam, proszę bardzo, plan treningowy. Tutaj godzinka basenu, tu pół godzinki biegania, godzinka frisbee albo grania w papier kamień nożyce. Byle nie rower. Otwierasz sobie internety a tam całe multum artykułów których tytuły zawsze zaczynają się podejrzanie od hasła "Roztrenowanie..". Na domiar złego czytasz sobie wywiad z jakimś swoim idolem. A tam zawsze coś w stylu "tak tak, na cały miesiąc odwiesiłem rower na hak". Co to w ogóle ma znaczyć? Jaki hak?
Szpony spalary znowu Cię dopadły. Chcąc nie chcąc idziesz pobiegać czy popływać. Odwieszasz rower na hak. Jeśli jakiś hak rzecz jasna masz. Maszynka kręci się dalej. Tak sobie już los wybrałeś.


Powiem Ci coś. Takie podejście ssie. To najprostszy sposób na zostanie typowym dziadem z niedzielnej rundy. Mastersem który nie ma kompletnie nic ciekawego do opowiedzenia i w kółko powtarza te same historie sprzed iluś tam lat. Bo od ostatnich kilkudziesięciu lat żyje sobie według tego kolarskiego schematu i jedyne co się w nim zmienia to sprzęt który dosiada i ilość zmarszczek na jego czole. No, ale taki sobie już wybrał los.
Jak się zagapisz to też w to wpadniesz jak on. I kapniesz dopiero jak dostaniesz ataku serca na rancie. Lepiej coś z tym zrób. Najlepiej jesienią. Wyskocz sobie z tej maszynki. Olej te wszystkie plany, porady i wywiady. Chcesz sobie pojeździć? Idź pojeździć. Olej idola i jego hak. Nie chce Ci sie trenować? To nie trenuj. Zdziwiłbyś się bardzo mocno najlepsi prosi potrafią nie-trenować. Chcesz sobie wleźć na K2? Wleź sobie, kiedy jak nie teraz. Chcesz obejrzeć wszystkie odcinki jakiegoś serialu? Śmiało, mimo, że to straszne marnowanie czasu. Idź się upić z lokalnymi ziomkami. Poleć sobie dookoła świata. Nie rób nic z tego co Ci teraz piszę. Rób co chcesz. Nic nie żałuj. Bylebyś tylko nie został kolejnym bezmyślnym, nudnym kolarzyną.

Pokonać Trenażer. Odcinek pierwszy: Rzeczy


Przyjęło się, że trenażer to samo zło. Może i faktycznie tak jest, może i nie. Jedno jest pewne, zima to jeszcze większe zło. Szczególnie na tej szerokości geograficznej na którą nas niefartownie rzuciło.
Teraz jest w miarę znośnie za oknem, ale kiedy zima przyatakuje z całym impetem, drogi pokryją się breją a temperatury spadną na łeb na szyję, to Twoje pojęcie zła w kontekście trenażera może się nieco zmienić.
Więc na wypadek jakby zima była zimą, ruszam z cyklem Pokonać Trenażer który, mam nadzieję, pomoże Ci przetrwać całą masę ośmiogodzinnych treningów szybkości metodą ciągłą bez specjalnego uszczerbku na psychice.

Na początek odcinek o wszystkich niezbętnych rzeczach. Czyli co musisz sobie przygotować zanim zaczniesz kręcić miliardy watów na trenażerze który wcale nie jest tak straszny jak wszyscy utrzymują.

  • Trenażer.
Jeśli chcesz się powozić merolem, potrzebujesz merola, jeśli chcesz pojeździć na trenażerze, potrzebujesz trenażer. Wiadomo. Bez tego ani rusz. Ale nie licz teraz na to, że powiem Ci jaki kupić sobie model żebyś nagle przekonał się do kręcenia pod dachem. To pułapka. To dla gości którzy szukają wymówek i ciągle coś dokupują oszukując się, że jak już wszystko zgromadzą to zaczną jeździć. Poza tym, w internetach jest już wystarczająca ilość testów i porównań.
Kiedy będziesz sobie szukać trenażera, pamiętaj o jednym. Nie bądź sknerą. Wiem jak jest, nikt nie lubi rozstań ze swoimi zaskórniakami. Standardowym modelem zakupów jest wejście na allegro, ustawienie filtru od najtańszych i kupienie pierwszego produnktu z listy, ewentualnie drugiego, że niby masz taki gest. To najlepszy sposób żeby się zniechęcić. Jak za wszelką cenę będziesz chciał oszczędzić i kupić byle co, to zrazisz raz dwa. Równie dobrze możesz sobie oprzeć o tylne koło kamień. Zawsze będzie jakiś opór.
Trenażera nie kupujesz na jeden sezon a na lata. Spraw sobie, w miarę swoich możliwości, coś porządnego. Markowego. Jest na rynku kilka znanych, dużych marek które dzięki temu że są jakie są mogą wypuszczać coraz to lepsze modele. Działające płynniej, ciszej i przyjemniej. Dzięki którym będzie Ci o niebo lżej przetrwać tą katorę jaką jest jazda na nich.
  • Otoczenie.
To nie jest tak, że wstawiasz sobie rower w trenażer i jedziesz 8 godzin. To tak nie działa. Musisz sobie najpierw przygotować otoczenie w którym będziesz jeździć. Zrobić małe przemeblowanie. Najważniejszy punkt, pochować wszystkie zegary w mieszkaniu. Pozdejmować, powyrzucać, pozaklejać taśmą. W żaden sposób nie możesz dowiedzieć się ile już jeździsz. Poproś domowników żeby przestali wracać o regularnej porze, bo może Ci to zasugerować, że kręcisz dopiero pół godziny. Być może będziesz musiał się ich pozbyć. Bo odcięcie się od poczucia czasu to podstawa.
Przygotuj też sobie jakiś stolik, biurko czy cokolwiek takiego co będzie stało na wyciągnięcie ręki. Postawisz tam sobie górę baniaków z izotonikami, tonę batoników i żeli, wiatrak, telefon i cokolwiek z czym nie rozstajesz się podczas treningu. Spalaczu.
  • Stojak.
Kluczem do wytrzymania treningów od świtu do zmroku na trenażerze jest zabijające czas zajęcie. Nie jest tajemnicą, że najlepsze w tym są internety. Żeby dać się im pochłonąć potrzebujesz komputer który musi stać tak blisko, żebyś był w stanie sięgnąć dłonią do touchpada. Potrzebny Ci będzie specjalny stojaczek. A to już większa misja. Nie znajdziesz go ani na allegro ani w ikei. Musisz sam go stworzyć.   Masz okazję żeby wykazać się swoją wielką pomysłowością i zdolościami majsterkowania. 
Dla przykładu powiem Ci jak ja to zrobiłem. Wziąłem kawałek deski który pierwotnie służył za półkę w szafce. Widać ją na zdjęciu, od wierzchniej strony. Od spodu obkleiłem dwoma grubymi paskami taśmy tak żeby oparta o przednie koło nie ruszała się na boki. Za to na górze przykleiłem wystarczająco grubo taśmy żeby laptop stał sobie tam gdzie mi najwygodniej i nie zsuwał niżej. A potem opieram to sobie z jednej strony o szafkę, a z drugiej o przednie koło. I gra. Teraz Twoja kolej.
  • Muzyka.
Jak chcesz przejechać 8 godzin to przygotuj sobie wcześniej odpowiednią playlistę. Jak Ci brakuje motywacji, zgraj sobie soundtrack z Rockiego, jak jesteś dresiarzem, zgraj sobie jakąś techniawkę, a jak jesteś sobą, zgraj sobie po prostu to co sam lubisz. Indywidualna sprawa. 
Ważne jest to, jak będziesz jej słuchał. Jak chcesz przetrwać pół dnia treningu, postaraj się robić to tak, żeby nie słyszeć trenażera. Postaraj się o porządne słuchawki. Poleciłbym monsterbeatsy ale dr. Dre ociąga się z przelewem więc powiem, że są nic nie warte. Żartuję, nie znam się na tym. Po prostu spraw sobie coś co zagłuszy trenażer i przy okazji nie sprawi, że później Ty ogłuchniesz.
  • Praktyczne bzdety.
Popularne memy mówią, że jak trenujesz to Twój tłuszcz płacze. To jest kolejna rzecz na której się nie znam, ale wydaje mi się, że jak trenuję, szczególnie na trenażerze, to krótko mówiąc, pocę się jak świnia. Leje się ze mnie. Wylewam siebie samego. Na kierownicę, na podłogę. Gdzie popadnie. Tobie też to grozi. Zabezpiecz się. Przygotuj sobie odpowiednią ilość ręczników. Jeden na kierownicę, w końcu musisz mieć w miarę suche palce żeby pozwalać się pochłaniać internetom. Drugi na podłogę. Żeby nie zalać sufitu sąsiada z piętra niżej. Wtopą jest zalanie go wodą, a co dopiero jak wylewasz hektolitry potu śmierdzącego wszystkimi toksynami które w siebie wlałeś w piątkowy wieczór. Oszczędź mu tego. Sobie też przy okazji.

Tyle. Możesz teraz zacząć się zbroić. Budować wymyślny stojaczek. Szykować plan pozbycia się domowników. I czekać na kolejny odcinek. 

Więzienie


Patrz. Zrobiłem ten filmik. Całą drogę przez Norwegię siedziałem z wyciągniętą i zdrętwiałą ręką żeby naciskać spust migawki i gromadzić materiał na ten tajmlapsowy filmik. Potem jego większość straciłem. I filmik wyszedł, delikatnie mówiąc, tak sobie. Cóż, taka lifa.
Ale nie o to chodzi. Bo patrz. Mija kilkanaście sekund, przejeżdżasz Szwecję. Mija pół minuty jesteś 2 tysiące kilometrów od domu. Mija półtorej minuty a Ty odhaczyłeś już jakieś super wakacje.
Będę robił więcej takich filmików. Żeby sobie, czy Tobie, przypominać, w momentach takich jak ten, kiedy siedzę przygarbiony przy biurku zawalony papierkami i innymi bzdetami, że wypad w jakieś wspaniałe miejsce to nie jest taka znowu wielka misja. Właściwie żadna.
Bo tym co najbardziej Ci przeszkadza w jej realizacji jest więzienie które sam sobie stworzyłeś. Skrupulatnie budowane z codzinnej rutyny i przyzwyczajeń. Dzień w dzień wznosisz jego mury swoim wygodnictwem i lenistwem. A przecież już jutro mógłbyś być, nie wiem, w Calpe albo na szczycie Dalsnibby. Czemu nie.

Projekt EuroPRO Rower - Koła.


Nadszedł ten moment, że szymonbike zamiast rozbijać namiot w norweskich lasach albo otwierać piwo na szczycie Dasnibby zasiadł zgarbiony przed monitorem żeby poddać się szaleństwu konsumpcjonizmu i przetrząsać internety w poszukiwaniu wszystkiego co może sprawić, że jego EuroPRO rower stanie się jeszcze bardziej EuroPRO.
Na wypadek gdyby i Ciebie to dopadło, reaktywuję Projekt EuroPRO rower. Od razu z grubej rury. Od kół. W końcu są aż dwa. I robią kawał roboty. Masa rotująca i tak dalej. Żartuję. To bzdety ze sztampowych artykułów. Tym razem chodzi o co innego. O to żeby było EuroPRO. Nie wiesz jak się za to zabrać? To wykuj na pamięć wszystkie poniższe punkty.

  • Stożek?
Każdy młodzik dobrze wie jaki jest synonim kół marzeń. Stożki. Kiedy ja byłem dzieciaczkiem to każdy śnił o cosmicach, teraz ich miejsce w głowach młodzików zajęły pewnie jakieś lightweighty czy inne zippy. I dobrze. Młodziki mają trochę racji bo stożki faktycznie robią robotę. Ale to nie wystarczy. To zbyt proste i oczywiste. A z tego typu rzeczami jest czasem jak z mejlami od nieznanych krewnych którzy chcą Ci przelać 5 milionów. Czasem to nie jest takie proste i oczywiste.  Musisz jeszcze zwrócić uwagę na multum niuansów.

  • Czarny rancik.
Uważaj młodziku, teraz przestawię Ci coś w głowie. Otóż to wcale nie stożek sprawia, że nie śpisz po nocach. To czarny rancik. Ta powierzchnia z którą stykają się Twoje klocki hamulcowe. Czarny rancik jest w stożkach więc wszystko się zgadza, ale to włanie on robi robotę. To dzięki niemu one wyglądają tak złowieszczo i wspaniale. Odwrotnością jest typowy, srebrny, amelinowy rant. Absolutna zbrodnia na EuroPROsowatości Twoich kół. Powiesz, że dzięki temu lepiej hamują? Odpowiem Ci, że jesteś trzepakiem. To tak jakbyś do nowiutkich Radarlocków zamontował tą gumkę na szyję albo na komplet Raphy uwdział odblaskową kamizelkę, dla bezpieczeństwa.


  • Wysokość.
Stożek stożkowi nierówny. W sumie nawet nie musi być stożkiem jak się okazuje. Póki ma czarny rancik może i być zupełnie niskim klasyczkiem. Ale równie dobrze może być mega wysokim chamem. Zależy. Od roweru. Załóżmy że wydoroślałeś i swoje tłuste Cervelo S5 zamieniłeś na jakieś oldschoolowe Colnago na cienkich, stalowych rurkach. Jakoś te mega wysokie zippy już nie pasują co? Mimo, że same w sobie są wyśmienitymi kółkami. Fakt, nie pasują. Bo wysokość musi pasować do przekrojów ramy. Im hojniej Twój producent ramy obdarował ją carbonem tu i tam, tym wyższy możesz strzelić sobie stożek. I w drugą stronę tak samo. 
Taki bezpieczny, sprawdzony standard dla niezdecydowanych to 50mm. Im starszy rower, im cieńsze rureczki tym niższy stożek. Im bardziej tłusty tym wyższy. Tylko nie przegnij. Jazda na zbyt wysokim stożku, ot tak, bez lepszego uzasadnienia to najzwyklejsze przedłużanie sobie tego i owego.

  • Logo.
Załóżmy, że jesteś zapalonym wędkarzem. Więc rozumie się samo przez się, że masz rower na Shimano. Fullopcja Di2. Ale jeszcze Ci mało. I trafiasz na superpromo na powiedzmy, Campagnolo Bora. I masz wypas osprzęt, masz też wypas koła. Ale cały rower masz już trzepacki. 
Niech wszystko do siebie jakoś pasuje. Czy to logiem, czy nawet tylko pochodzeniem. Masz włoskiego klasyczka, miej włoskie klasyczki. Masz chińskiego chama, miej chińskie chamy. Kiedyś może się dorobisz włoskiego klasyczka. Póki są na świecie to możesz je mieć. Ale póki co nie mieszaj.

  • Kolory.
Zasady Euro mówią jasno. Koła mają pasować do ramy i widelca. Rama ma zawierać od 2 do 4 kolorów ze wskazaniem na najbardziej Euro kolor czyli biały. Czyli zawsze masz ten biały, czarny i srebrny. Bo zawsze się gdzieś trafią. I masz misję dobrać koła tak, żeby pasowały. To nie jest jakoś nieludzko trudne bo prawie wszystkie porządne koła są czarno białe ale bądź czujny! Łatwo wszystko zepsuć, chociażby hendmejdowymi naklejkami czy kolorowymi nyplami które są domeną zatwardziałych trzepaków. Nie chcesz chyba zasilić tego zacnego grona.

  • Wyżej niżej.
Jak kiedyś wygrasz w loterii to pierwsze co zrobisz to kupisz sobie wszystkie rzeczy o których marzyłeś. Na przykład całą masę stożków. Wysokich chamów i niskich klasyczków. A potem zaczniesz kombinować. Bo jeżdżenie na jednym komplecie Cię znudzi. To coś Ci powiem, nigdy, przenigdy nie zakładaj niższego stożka z tyłu a wyższego z przodu. Jeśli już coś takiego strzeli Ci do głowy to niższy zakładaj na przód.  

  • Zasady EURO.
Punkt 10. Powinieneś ścigać się tylko na Borach albo Lightweightach. Fulcrumy Racing One, Corimy Aero+ albo Zippy (404 albo 202) są wystarczająco stylowe żebyś mógł wyjeżdżać na nich na trening.
Zawsze używaj łożysk ceramicznych

Punkt 11. Wszystkie koła mają być pod szytkę. Niezależnie od tego czy umiesz ją nakleić czy nie.

Takie już są zasady. Nie ma dyskusji.


  • Szytki.
Jeśli rozmawiamy o kwestiach EuroPROsowatości to wybór między szytką a oponą jest jak wybór między wypiciem cappuccino na bulwarze w San Remo a zrobieniem browara na ławce w Radomiu. Szytka definiuje EuroPROsowatość Twoich kół. Dopełnienie bonusu z czarnego rancika. Cała czarna obręcz, czarny rant, czarna szytka. Jedna wspaniała całość. Ideał. Od którego może być coś jeszcze lepszego. Gumwall. 

Ale to, i inne triki już innym razem. Na dziś Ci wystarczy. Tylko nie rzucaj się z markerem na swoje amelinowe obręcze. To na nic.

Zdjęcia: tumblr.com

Raj

Obiecałem i Tobie, i sobie, że napiszę trzeci powód czemu co lato uciekam do Norwegii. No to piszę.


Raj. Słowo klucz tego posta. Co roku jadę sobie zafundować turnus w raju. A potem wrócić bo ten raj to całkiem względna sprawa. Ale po kolei.


Lato 2013. Norwegia. Jedziemy sobie wielkim merolem, amg, fulopcja i przepych. Wiezie nas Ronny który dopiero co wrócił po całym dniu pracy, ale jakoś specjalnie mu to nie przeszkadza. Wiezie nas żeby pokazać Atlantic Road, jego hytterek albo coś tam podrzucić kumplowi. Zostawiając nas samych w odpalonym merolu z kluczykami w stacyjce. A potem odwozi do mieszkania które zupełnie za darmo nam dał, ot tak. Bo mieliśmy mu pomalować płotek. A kiedy kilka dni później jedzie sobie na dwutygodniowe wakacje zostawiając nas samych, jest mu tak głupio z tego powodu, że daje nam jakąś tam kasę. Na życie. W sumie to równowartość fajnej pensji w Polsce. Ronny to jest gość. Powiedział nam raz czemu nim jest.

Kiedy byłem mały rodzice powiedzieli mi "be nice to people, people will be nice to you".

I już. To chyba jakaś regułka wlewana w głowy małych norwegów bo wszyscy tam są tacy jak Ronny. Uśmiechają się do Ciebie na ulicy, mówią hei hei do każdej napotkanej osoby. Są mili a Ty automatycznie też się stajesz miły. I to się jakoś tak tam kręci.


Lato 2011. Polska. Jedziemy sobie naszym starym volviaczkiem. Po dobrych kilku tygodniach z dala od wszelkich złych emocji. Złości, agresji i tak dalej. Właśnie zjechaliśmy z promu w Świnoujściu. Dwupasmówka po jakimś czasie zwęża się w jeden pas. Wjeżdżamy między audika a czarną betkę. I nagle betka na złości wyprzeda nas poboczem, otwierają się wszystkie okna a z nich wylewają się wściekłe mordy zachodniopomorskich zakapiorów którzy w niespecjalnie wyszukany sposób dają nam do zrozumienia że z chęcią by nas zadźgali za ten manewr zmiany pasa. Pierwsze słowa które usłyszeliśmy po powrocie.


Ot taki kontrast. Jakby ktoś chciał się teraz unieść patriotyczną dumą to mam dla niego jeszcze więcej. Czy to, że całe lato zostawialiśmy rowery gdzie popadnie, nawet na kilka godzin, że nie zamykaliśmy samochodu, mieszkania, żeby po powrocie do domu Karolowi skroili rower a mi telefon. Czy to, że gdziekolwiek nie spojrzysz, nie zrobisz zdjęcia, tam jest straszliwie pięknie a potem po powrocie jedyną ucieczką od wszechobecnych banerów i przydrożnych reklam w stylu pięczątki dwaczteryha jest wydłubanie sobie oczu. Mam tego więcej ale nie o to chodzi. Zupełnie nie.


Łatwo jest wychwalać takiego Ronnego i narzekać na takich zachodniopomorskich karaczanów. Tak jak to właśnie robię. Ale już przestaję. Bo to przechodzenie na ich stronę. Narzekactwo czy inne negatywne sprawy. To tak jak urywanie lusterek wściekłym kierowcom. Kim się stałeś urywając to lusterko? No właśnie. Pamiętaj o regułce dla norweskich dzieciaczków. Wszystkim będzie lżej.


Może kiedyś tutaj też będzie taki raj. Czemu nie. A może i dobrze, że go nie ma. Bo powiem Ci tak między nami, że kiedy tak sobie siedzisz długo, naprawdę długo w tym raju to wszystko zaczyna być nieznośnie nudne. Ci wszyscy grzeczni, nudni ludzie. Te wszędzie tak samo przecudne aż do znudzenia widoki. Nuda. Tak sobie pomyślałem pod koniec tegorocznego wyjazdu do Norwegii. Dwa dni po powrocie mi przeszło.

Bądź jak Kwiato

Pomyśl sobie tylko. Masz zaledwie 23 lata. Wygrywasz mistrzostwo świata w drużynie. Przejeżdżasz Tour de France, tryptyk ardeński i inne wspaniałe wyścigi. Z sukcesami. Masz kontrakt z OPQS. Wygrywasz życie.


Osiągnąłeś sukces. A życie trwa w najlepsze. Kończy się sezon, zaczynają wakacje. I co robisz? Możesz sobie spić śmietankę ze swojego sukcesu. Pojechać sobie na wakacje na Bora Bora. Kupić szybką brykę. Albo dać się porwać szponom melanżu. To opcja egoistyczna. 


Ale wcale nie musisz jej wybierać. Możesz zamiast robić dobrze sobie, zrobić dobrze innym. Możesz być jak Kwiato który niedawno ruszył z projektem Copernicus. Akademia Michała Kwiatkowskiego. Klub kolarski który na zupełnie nowy, lepszy sposób ma pomagać odnajdować i szlifować talenty na miarę samego założyciela. Piękna inicjatywa. Ogrom pracy. Nie szkodzi, możesz się temu w pełni poświęcić. Od rana do wieczora nad tym pracować. Jak Kwiato który tak właśnie robi. Bo wybrał jednak drugą opcję. Opcję altruistyczną.


Bo jakiego sukcesu byś nie osiągnął, pamiętaj, nic nie da Ci więcej satysfakcji niż pomaganie innym dookoła.