Strony


Kończy się dzień. I po raz kolejny wieczorem sobie pomyślałem "kurcze, to był naprawdę udany dzień!"
Kończy się też rok. W sumie co był całkiem udany rok.
Tego Wam życzę na 2014, żebyście co dzień, co miesiąc i co rok mieli górę powodów żeby sobie tak właśnie pomyśleć.
No i rzecz jasna mocnej nogi, fajnego roweru i w ogóle.

Bawcie się dobrze, hej!


Deptak w Calpe


Stoję sobie na tarasie, popijam Don Simona i oglądam co się dzieje na deptaku poniżej. Nie dzieje się wiele. Raz po raz przechadzają się grupki emerytów. Czasem jakiś starszy pan przejedzie sobie na elektrycznym wózku. Wszyscy prześcigają się w byciu coraz to starszym i pozbawionym energii. Przechadzają się tak powolutku, przystając czasem na kawę żeby jakoś zapełnić czas. Plaża jest pusta. Nikt z tego starszego towarzystwa nie ma siły żeby się na nią pchać.
Sąsiad z apartamentowca obok właśnie rozwiesił pranie i otwiera gazetę. Nie wyjdzie dzisiaj z mieszkania. Nie ma po co.
Niespecjalnie energetycznie nastrajający widok.

Dopijam Don Simona i daję sobie z tym spokój. Wracam do pokoju poczytać sobie reakcje pod ostatnim postem. Napisałem coś takiego:

"Po co masz się męczyć całą zimę skoro gdzieś tam jest tak jak lubisz? Kwestia wyboru."

Jestem w błędzie. To nie kwestia wyboru. To kwestia posiadania kasy. Pracy. Kariery. Obowiązków. Rodziny. Dziecka. Dziewczyny. Psa. Dużego telewizora. Kasy. 

Okej. Macie rację. Swoją. Zapewne taką samą rację mieli Ci wszyscy pozbawieni energii emeryci którzy teraz snują się deptaczkiem w Calpe. Dopięli swego. Spłacili kredyty, odłożyli bezpieczne kapitały, pobudowali domy z wielkimi telewizorami. Poszli za głosem rozsądku, odłożyli przyjemności na później. Dopięli swego. Nareszcie mogą zacząć żyć tak, jak zawsze chcieli.

Szkoda tylko, że pracując na ten złudny sukces coś przeciekło im przez palce.
Bo oprócz przyjemności, na później odłożyli też praktycznie całe swoje życie.

Nic tu po mnie


Czasami w życiu bywa tak, że w głowie pojawia Ci się myśl "nic tu po mnie". Czasem chodzi o jakieś miejsce, czasem o sytuację, wszystko jedno. Test charakteru. Masz dwie opcje. Albo coś ze sobą wtedy zrobisz, albo na poczekaniu wymyślisz garść wymówek. Jak się potem będziesz czuł ze sobą to już Twoja sprawa.

Ja jakoś nie potrafiłem znaleźć wymówki która przytrzymałaby mnie w Warszawie. Jakoś nic specjalnie ciekawego ani inspirującego nie chciało mnie tu spotkać. No to uciekłem sobie do Calpe. Od razu zaczęło się coś dziać.
Najpierw trzy nieprzespane noce ogarniania misji i szukania kolejnych kurierów którzy nie chcieli podjąć się wysłania kartonów z rowerami i bagażami, żeby w ostatniej chwili tuż tuż przed wylotem nadać fartownie znalezionym kurierem.
Czy to wyluzowana Hiszpanka która oznajmiła nam, że klucze do mieszkania przekaże nam dzień po naszym przylocie i przed spaniem na plaży uratował nas dobry człowiek w postaci Darka z teamu Vimar który przygarnął nas na cały weekend do swojego domku kawał od Calpe.
Czy to, że mieszkanie wyluzowanej Hiszpanki było kompletną klapą i po zrezygnowaniu z niego zostaliśmy na pewien czas bezdomnymi chłopaczkami rzuconymi na pastwę losu.
I tak dalej. No i fajnie. Sto razy lepiej niż w zatęchłym komforcie rodzinnego gniazdka.

Piszę Ci o tym też dlatego, żebyś nie narzekał za bardzo, że znowu pisanie bloga idzie mi jak krew z nosa. Awaria goni awarię wciąż podnosząc poprzeczkę beznadziejności. Kiedyś to się pewnie skończy. A jak nie, to pewnie wrócę do domu i znowu będę pisał jak należy. I przygotowywał sobie góry wymówek na następną okazję. A teraz daj mi jeszcze kilka dni na to, żebym przeżył jeszcze coś ciekawego, co później będę mógł opisać.

Pokonać trenażer. Odcinek drugi: Głowa


Wiesz czemu nie lubisz trenażera? Bo nikt nie lubi. Więc Ty też, mimowolnie. Nawet jeśli nigdy w życiu na nim jeździłeś. Nie lubisz. Nawet jak trochę lubisz, to zaraz wszyscy dookoła uświadomią Ci, że nie, jednak nie lubisz. Tak już jest. Kropka.

Zrób taki test. Wrzuć sobie na walla zdjęcie z trenażera. I obserwuj reakcje. Patrz jak każdy po kolei w coraz bardziej wyszukany sposób stara się podzielić swoją antypatią do tego urządzenia. Poczytaj sobie porównania do najokropniejszych rzeczy na tej planecie. Popatrz sobie na zdjęcia komentujących i wyobraź sobie jak paskudnie wykrzywiają im się twarze na samą myśl o trenażerze. Poobserwuj sobie ten wylew żalu. Bezstronnie.

Wszyscy nawzajem się nakręcają jak opętani, że cała ta nienawiść do trenażera nabiera tak absurdalnych rozmiarów, że chyba woleliby spłonąć żywcem niż na niego wleźć.

Prędzej czy później jednak nadchodzi nieuniknione. Zima. W najgorszej ze swych straszliwych postaci. Nie ma odwrotu, trzeba pokręcić pod dachem. I oni wszyscy, smutni, załamani, przerażeni, ruszają jak na skazanie na najgorszy trening ich życia.

Sami są sobie winni.

Bo jak to by wyglądało jakby sobie oszczędzili całej tej nagonki i nakręcania przeciwko trenażerowi?


Wszystko jest kwestią podejścia. Wszystko siedzi w głowie. I żeby sobie uświadomić, że trenażer wcale nie jest narzędziem tortur, nie musisz od razu zostawać jakimś nie wiadomo jak oświeconym mnichem.

Bo patrz o co chodzi z tym podejściem. Jak wszystko jest względne. Spójrz na siebie teraz. Siedzisz i czytasz sobie tego posta, z kimś tam sobie rozmawiasz na fejsbukowym czacie i popijasz kakao z którego extra kalorie przypomnisz sobie na pierwszym podjeździe jak tylko nadejdzie wiosna. I czas sobie płynie szybko jak Tony Martin na czasówce. Zasuwa nieubłaganie.

A teraz przypomnij sobie jak wracałeś z pracy. Stałeś w korku. Stałeś na światłach. Czekałeś na autobus. Mijał ten sam czas. Te same sekundy i minuty. Ale tym razem to już nie był Tony Martin. Raczej zbombiony Cav w najsztywniejszym momencie królewskiego podjazdu. Czas ciągnął się w nieskończoność.

Widzisz o co chodzi? Czas to pojęcie względne. Wszystko zależy od Ciebie. Co za różnica czy siedzisz sobie teraz wyluzowany przed monitorem czy wściekły za kierownicą w korku? Siedzisz sobie. Po prostu siedzisz. Czemu nie możesz sobie w tym korku usiedzieć spokojnie? Kwestia podejścia.

Możesz się wściekać za kółkiem. Możesz nerwowo bawić się telefonem na przystanku. Myśląc, że fajnie by było już sobie pokręcić. Ale z takim podejściem, kiedy już będziesz miał okazję pokręcić to znowu Twój zegar zacznie się ślimaczyć jak Cav na podjeździe. Wyluzuj. Może jak sobie uświadomisz jak to wszystko jest głupie, to łatwiej Ci będzie i na trenażerze i w korku. Czemu nie. Jednego wściekłego kierowcy mniej. Dwie wyżyłowane łydy więcej.

Po prostu sobie wsiądź na trenażer. I jedź. I nie myśl o tym za wiele. Czas może sobie lecieć całkiem sprawnie. O tym w następnym odcinku. W oczekiwaniu na niego zawsze możesz pozbyć się swoich znajomych nakręcających trenażerową spiralę nienawiści albo spróbować zostać nie wiadomo jak oświeconym mnichem.