Strony

Pokonać trenażer. Odcinek drugi: Głowa


Wiesz czemu nie lubisz trenażera? Bo nikt nie lubi. Więc Ty też, mimowolnie. Nawet jeśli nigdy w życiu na nim jeździłeś. Nie lubisz. Nawet jak trochę lubisz, to zaraz wszyscy dookoła uświadomią Ci, że nie, jednak nie lubisz. Tak już jest. Kropka.

Zrób taki test. Wrzuć sobie na walla zdjęcie z trenażera. I obserwuj reakcje. Patrz jak każdy po kolei w coraz bardziej wyszukany sposób stara się podzielić swoją antypatią do tego urządzenia. Poczytaj sobie porównania do najokropniejszych rzeczy na tej planecie. Popatrz sobie na zdjęcia komentujących i wyobraź sobie jak paskudnie wykrzywiają im się twarze na samą myśl o trenażerze. Poobserwuj sobie ten wylew żalu. Bezstronnie.

Wszyscy nawzajem się nakręcają jak opętani, że cała ta nienawiść do trenażera nabiera tak absurdalnych rozmiarów, że chyba woleliby spłonąć żywcem niż na niego wleźć.

Prędzej czy później jednak nadchodzi nieuniknione. Zima. W najgorszej ze swych straszliwych postaci. Nie ma odwrotu, trzeba pokręcić pod dachem. I oni wszyscy, smutni, załamani, przerażeni, ruszają jak na skazanie na najgorszy trening ich życia.

Sami są sobie winni.

Bo jak to by wyglądało jakby sobie oszczędzili całej tej nagonki i nakręcania przeciwko trenażerowi?


Wszystko jest kwestią podejścia. Wszystko siedzi w głowie. I żeby sobie uświadomić, że trenażer wcale nie jest narzędziem tortur, nie musisz od razu zostawać jakimś nie wiadomo jak oświeconym mnichem.

Bo patrz o co chodzi z tym podejściem. Jak wszystko jest względne. Spójrz na siebie teraz. Siedzisz i czytasz sobie tego posta, z kimś tam sobie rozmawiasz na fejsbukowym czacie i popijasz kakao z którego extra kalorie przypomnisz sobie na pierwszym podjeździe jak tylko nadejdzie wiosna. I czas sobie płynie szybko jak Tony Martin na czasówce. Zasuwa nieubłaganie.

A teraz przypomnij sobie jak wracałeś z pracy. Stałeś w korku. Stałeś na światłach. Czekałeś na autobus. Mijał ten sam czas. Te same sekundy i minuty. Ale tym razem to już nie był Tony Martin. Raczej zbombiony Cav w najsztywniejszym momencie królewskiego podjazdu. Czas ciągnął się w nieskończoność.

Widzisz o co chodzi? Czas to pojęcie względne. Wszystko zależy od Ciebie. Co za różnica czy siedzisz sobie teraz wyluzowany przed monitorem czy wściekły za kierownicą w korku? Siedzisz sobie. Po prostu siedzisz. Czemu nie możesz sobie w tym korku usiedzieć spokojnie? Kwestia podejścia.

Możesz się wściekać za kółkiem. Możesz nerwowo bawić się telefonem na przystanku. Myśląc, że fajnie by było już sobie pokręcić. Ale z takim podejściem, kiedy już będziesz miał okazję pokręcić to znowu Twój zegar zacznie się ślimaczyć jak Cav na podjeździe. Wyluzuj. Może jak sobie uświadomisz jak to wszystko jest głupie, to łatwiej Ci będzie i na trenażerze i w korku. Czemu nie. Jednego wściekłego kierowcy mniej. Dwie wyżyłowane łydy więcej.

Po prostu sobie wsiądź na trenażer. I jedź. I nie myśl o tym za wiele. Czas może sobie lecieć całkiem sprawnie. O tym w następnym odcinku. W oczekiwaniu na niego zawsze możesz pozbyć się swoich znajomych nakręcających trenażerową spiralę nienawiści albo spróbować zostać nie wiadomo jak oświeconym mnichem.