Strony

Sto ziko

Czasami przeglądając sobie fejsbukowego walla trafiam na coś ciekawego. Czasami. Bo najczęściej trafiam na coś beznadziejnego. Tak jak ostatnio. Przez kilka dni, ciągle przewija się, tu i tam, to zdjęcie:

fot. Bartosz Pilis
Zdjęcie śmiesznie niskiej sumki, stu ziko, za zwycięstwo na jakimś przełaju. I cała masa komentarzy pod nim. Jak to bardzo jest nie fair. Jak to mamy źle w tej Polce. Jak biednie. I inne tego typu zbiorowe jojczenie.

Coś Wam się pomyliło. Pomyliła Wam się kolejność. Poprzestawiały priorytety.

Jeśli sądzisz, że kasa jest najważniejsza, to najlepsze co możesz teraz zrobić, to sprzedać rower. Pozbądź się go w cholerę, to nie dla Ciebie. Sprzedaj go jak najdrożej, kup sobie skuterek i zacznij rozwozić pizzę. Albo zainwestuj w jakiś pewny biznes. Otwórz solarium. Zacznij dilować. Może kiedyś dorobisz się wymarzonej fury. Jakiegoś mustanga czy innego subaru. I może pewnego dnia staniesz w korku, gdzieś w środku pola. Bo policja zamknie ruch z powodu lokalnego ogórka. I ze wściekłą twarzą będziesz mógł sobie poobserwować z okien swojej super fury, ścigających się kolarzy. Może wtedy sobie uprzytomnisz, że kiedyś też należałeś do tej szczęśliwej grupy która robi to co naprawdę kocha. Może i nie. Tak czy siak będzie już trochę późnawo na takie refleksje.


Może gdyby kasa Cię nie omamiła, gdybyś po prostu robił z pełnym oddaniem i pasją to co kochasz, to może kiedyś wspiąłbyś się na taki poziom gdzie zacząłbyś naprawdę dobrze zarabiać. A może i niekoniecznie. Nie szkodzi. Bo gdybyś miał odpowiednie priorytety, to wcale nie stanowiłoby to dla Ciebie problemu. Bo robiłbyś to co kochasz. To wszystko jest tak banalnie proste. I jedyne czego wymaga, to Twojej decyzji.

Jak wygrać Festive 500..

..nie wiem.


Ale nic nie szkodzi. Wygrywanie to przyjemna sprawa, ale to tylko ułamek całości. Lepiej będzie kiedy zdobędziesz się na zdrowe podejście, zamiast skupiać się tylko na wygrywaniu, narażając się na zawód, możesz urządzić sobie ubaw od samego początku, ciesząc się całą zabawą. Wygraną potraktować tylko jako motywator do postarania się na tyle na ile tylko jesteś w stanie. Wtedy zwycięstwo będzie tylko efektem ubocznym.


Festive 500 to dobry przykład na taką właśnie zabawę. Masz przejechać 500 kilometrów przez 8 dni. Jakoś wyjątkowo fantastycznie to udokumentować. Proste jak linia na przekroju z treningu pod Warszawą. I pasuje do podejścia większości napinaczy, spalaczy i innych miłośników dwóch kółek.
Bo w Festive chodzi o jeżdżenie. Nie każdy ma w sobie takie pokłady narcyzmu, żeby zamiast cisnąć podjazd, ciskać rowerem w rów, przeskakiwać przez płot i włamywać się na dach jakiejś budki żeby postawić na niej kamerkę i zrobić sobie jedno zdjęcie.
Nie, to nie fair. Festive to jeżdżenie. Zrobienie sobie sesji to jak przyniesienie na jakiś konkurs rysunkowy jakiegoś dzieła nad którym siedzisz od tygodnia i machnięcia dwa razy kredką.
Masz jeździć. Masz to ładnie udokumentować. Jedno nie wyklucza drugiego. Mimo wszystko. To się da połączyć. I mieć ubaw. Patrz jak.


Zanim ruszysz na podbój szos, musisz zamienić się w bezwzględnego materialistę i ogarnąć kilka misji.

Raz. Ogarnij siebie i swój rower. Zrzuć brzuch, wytop łydę, wypierz swoją białą owijkę i zamień meridę na pinarello. Postaraj się na ile możesz po prostu.

Dwa. Ogarnij sprzęt foto. Zabawa zaczyna się 24 grudnia. Jeszcze przed wigilią. Poproś rodziców żeby przestali się wygłupiać i pozwolili Ci dobrać się do prezentów. Wypakuj nowiutką kamerkę. Taką z tych które da się zamontować na rowerze. Jest już pewien wybór. Ja na przykład mam GoPro. Zawsze możesz też zamontować na izolację i zipy aparat pożyczony od siostry. Po prostu się postaraj.

Trzy. Stig. Bycie spalaczem nie sprzyja wartościom towarzyskim, ale nie wiem co by się działo, musisz się postarać o jakiegoś kompana. Kogoś kto będzie na tyle wielkoduszny, że pozwoli Ci żebyś przemienił jego rower na wóz transmisyjny montując na nim kilka kamer. Możesz go nazwać operatorem, fotografem czy statywem, nieważne. Stig jest niezbędny. Dobierz go rozsądnie. Na potrzeby konkursów Raphy lepiej żeby był jakimś mocarzem, wtedy będziesz musiał umierać żeby utrzymać mu koło, a Rapha lubi zacięte miny i cierpienie wypisane na twarzy.


Gotowy? Wspaniale. Czas na danie główne. Trening od świtu do zmroku. Odpal na bryce Stiga wszystkie zamontowane kamery. Najlepiej niech sobie cykają na tajmlapsowym trybie. Im częściej tym większe prawdopodobieństwo mistrzowego strzału, z drugiej strony tym więcej roboty. Ale masz się starać na ile tylko możesz. Więc ustaw tajmlapsa na 0,5 sekundy. Kawka i ogień.

Wiadomo jak jest. Lubisz te piosenki które znasz. Lubisz swoją niedzielną rundę. Lubisz szosy które znasz. Ale tym razem proszę Cię żebyś się bardziej postarał. Odkryj coś nowego, wbij się na jakąś szutrówkę, na starówkę zapyziałego miasteczka. Obudź w sobie odkrywcę. Wszystko może być fantastyczne tylko trzeba to sobie uświadomić.

Popuść wodze i pozwól żeby działo się co ma się dziać. Jak nagromadziłeś dużo dobrej karmy to zawsze możesz spotkać kogoś albo coś ciekawego. Jak złej to nieciekawego. Wszystko jedno. Ważne, że coś się będzie dziać. A kamerki będą to uwieczniać. I o to chodzi.


Wystarczy Ci na dziś. Bomba nie wybiera a słońce zachodzi. Kończysz trening i wracasz na bazę. Stig Cię przeciągnął jak za dawnych lat kiedy jeszcze startowałeś w Tour de Region de la Łódź i najchętniej byś wyzionął teraz ducha. Ale nie. Opychasz się babcinym ciastem i wciągasz kompresyjne skarpetki. Spalaczu. Twój dzień dopiero się zaczyna. Dobitnie mówi Ci to liczba zdjęć jakie zrobiły kamerki. Kilkadziesiąt tysięcy zdjęć. Każde może być właśnie tym jednym fantastycznym które podbije internety. Którym pobijesz swój ostatni rekord 10 lajków na fejsie.

Masz teraz dwie opcje. Albo wydrukujesz wszystkie, rozwiesisz w wynajętym magazynie i z kieliszkiem dobrego wina będziesz kontemplował swoje dzieła wybierając najlepsze. Albo użyjesz jakiegoś sprytnego programu. Ja, fotograf noskill, używam Picasy. Raz dwa przeglądam wszystkie i kiedy któreś mnie zachwyci uderzam w spację i zaznaczam je gwiazdką. Przekopuję się tak przez niezliczone foldery, eksportuje do nowego folderu i potem dalej selekcjonuję. Po jakichś kilku godzinach zostaje mi ich z 50. Wszystkie są super. Żaden użytkownik internetu nie ma na tyle cierpliwości żeby oglądać taką obszerną galerię. Selekcjonujesz dalej. Zostawiasz tylko kilka, może kilkanaście. Dobra robota, straciłeś właśnie pół dnia. To już chyba półmetek.

Masz ileś tam zdjęć. Są super, ale mogą być jeszcze bardziej super. Muszą być. W końcu tym razem zamiast się rozwalić przed serialem, starasz się tak bardzo jak tylko możesz.
Obrabiasz zdjęcia. Jak jesteś profesjonalnym fotografem to dobrze wiesz co zrobić. Nie jesteś nim. Ja też nie. Ja wrzucam je sobie do telefonu i przemielam je przez multum aplikacji.


Mamy to szczęście, że są na tym świecie ludzie o niebo od nas mądrzejsi. Tworzą dla nas apki tak banalne w obsłudze, że największe beztalencia mogą za jednym kliknięciem robić cuda. Czemu nie zrobić z tego użytku. Nie mając kompletnie pojęcia co się dzieje, robić z dobrych zdjęć, zdjęcia bardzo dobre.

Mądre głowy wypuszczają na pastwę takich beztalenci jak my całe góry przeróżnych apek. Moje ulubione to Instagram, VSCOcam, Pro HDR i Faded. Ale jest na pewno całą masa innych. Potestuj sobie. Pobaw się. Czemu nie. Tylko mam jedną prośbę, miej umiar. Nie przesadzaj z kontrastami, filtrami czy innymi dobrodziejstwami fotoapek. A będzie git. Obiecuję.


Jest koło północy. Siedzisz jeszcze w ciuchach kolarskich, w kasku na głowie. Głowa mimowolnie Ci opada. Pozostaje Ci już tylko opublikować swoje dzieła, sformatować karty i przy zimnym piwku obserwować to co współczesny internauta lubi najbardziej czyli rosnącą liczbę lajeczków. Ale lepiej daj sobie z tym spokój, poskrom swoje ego i idź się wyspać. Jutro czeka Cię powtórka z rozrywki.

PROdonos z Calpe #2

1.  Do Calpe doleciała zima. 


2. Oprócz zimy doleciał też Tobiasz który cały grudzień oglądał zdjęcia lampy i cudownej pogody. he he.


3. Argos zamienił się w Dziajanta. Nie ma EuroPRO, nie ma ciuchów. Trzeba na szybko coś ogarnizować z lokalnego lumpeksu.


4. BMC jak zwykle lata sobie dwójeczkami. Uchachane i rozgadane. 40 na godzinę. Pod górę.


5. Caja Rural dwoi się i troi żeby mieć nogę do karania takich gaduł jak oni.


6. OPQS ma rozmach. Rozstawia sobie bufety gdzie popadnie. Ot tak. Tu i tam.


7. A Kolobnev przepił już całą łapówkę od Vinokourova i dorabia sobie na lokalnych ogórkach.

Review: Tacx Flow

Jakiś czas temu zdarzyło się tak, że nadeszła jesień. Ta jesień w gorszym wydaniu, nie ta złota, a szarobura. I kiedy motywacja umarła śmiercią nagłą a łyda zaczęła nabierać kształtów parówki nadeszło zbawienie. Zapukał kurier z przesyłką od velo.pl - trenażerem Tacx Flow. 
Zasłoniłem zasłony żeby nie dać się jesiennej depresji, podczepiłem rower pod ten prezent i wykręciłem na nim kilkadziesiąt godzin. Znowu wyrobiłem sobie łydę, wyrobiłem sobie też opinię. 
Nadszedł nareszcie też moment w którym się z Tobą nią podzielę. 


Unboxing

Dostajesz trenażer. Spory karton. Wszystko popakowane jak należy. Masa styropianu trzyma wszystko w ryzach. Wyciągasz ramę całej maszynki. Białą (EuroPRO) ramę. Prezentuje się nieźle i solidnie. Wyciągasz górę różnych akcesoriów. Wyciągasz jeszcze więcej papierków. Cały pokój masz zawalony. Odczuwasz dobrobyt. I lekki niepokój, bo tyle tego jest, a Ty już chcesz pokręcić.

Co masz zestawie

Masz tak: Ramę trenażera. Solidną i estetyczną. Komputerek na kierownicę. Wodoodporny, z przyjemnie działającymi guzikami, lekko poddającymi się naciskowi, nawet kiedy masz już największą bombę, z wyraźnym wyświetlaczem na którym możesz sobie do woli ustawiać co chcesz kontrolować. Ma jeden minus, gumowe obejmy są za krótkie żeby zamontować go na środku kierownicy. Masz też kabelki, jeden do podłączenia komputerka, drugi do podłączenia układu oporowego do prądu. Owy układ oporowy. Kilka rodzajów przejściówek dzięki którym dostosujesz sobie swój trenażer do roweru jakiego używasz, czy to góral, szosa czy inna taczka. To nie koniec. W pudle znajdziesz jeszcze czujnik kadencji, podstawkę pod przednie koło i odpowieni zacisk do koła. Bez dwóch zdań, obłowiłeś się. 
Na wypadek jakbyś chciał jeszcze więcej zawsze możesz sobie dokupić zestaw uzupełniający. Będziesz mógł się wtedy przenieść do wirtualnej rzeczywistości. Przenosisz się do matriksa za jedyne 799 zł. Dla mnie bomba.


Montaż

Od przybytku głowa nie boli. Chyba, że już się przebrałeś na trening, wysmarowałeś nogę i nałykałeś kofeiny a Twój nowiutki Tacx jest cały czas w proszku. Bez obaw. Mimo, że ilość części i akcesoriów przytłacza, montaż nie jest aż tak straszny jakby mogło się wydawać. I mówię to ja, techniczne beztalencie. 
Jak montaż Tacxa wygląda możesz sobie obejrzeć TUTAJ. Mi zajęło to mniej więcej trzy razy dłużej ale ostatecznie sobie poradziłem. A nie potrafię wyregulować przerzutki czy porządnie skręcić sterów więc Ty na pewno dasz sobie radę o niebo lepiej. 
Kiedy już skęcisz całą maszynkę pozostaje Ci jeszcze jej kalibracja. To jak ją wykonać masz opisane w instrukcji. To bułka z masłem. Ja istrukcję od razu wyrzuciłem do kosza i kręciłem sobie bez kalibracji. Tak też się da i też hula.

Pierwsze wrażenie

Jest najważniejsze. Albo się zrazisz albo nie. Do Flowa się nie zraziłem. Po pierwszych pięciu minutach przyłapałem się na tym, że naprawdę dobrze się bawię. W życiu nie jeździłem na płynniej działającym trenażerze. 
Tak sobie myślę, że ta wszechobecna nienawiść wobec trenażerów wynika z ich drętwego działania. Starsze, czy nowe ale tańsze modele działają jak scentrowane koło które co pół obrotu ociera Ci o hamulec tak mocno, że prawie się zatrzymuje. Szarpie niemiłosiernie. Taka jazda to żadna zabawa. 
Cały trik z przyjemnie działającym trenażerem opiera się na płynności działania. Żeby opór dostosowywał się do siły z jaką naciskasz na pedały. Odwzorowywał to co się dzieje w rzeczywistości.  I precyzją regulacji jaką daje Ci komputerek. Tylko wtedy możesz zapomineć o tym, że jedziesz na trenażerze. A to jest klucz to wytrzymania na nim długich treningów.

Kolejne wrażenia

Minęło trochę czasu. Trochę więcej potu wylanego na parkiet który powoli zaczyna się wybarwiać. Zapoznałem się z maszynką na dobre. I się nie zawiodłem. Pierwsze wrażenie, pozytywne, pozostało jakie było. 
Co prawda nie jestem już kolarzem i nie robiłem konkretnych ćwiczeń więc nie wiem jak się sprawuje kiedy jakiś bysior pójdzie na nim w trupa. Ale specyfikacja producenta i komputerek mówi, ze można na nim ukręcić 800 watt. Myślę, że wystarczy dla każdego kto z trenażera korzysta. Bo Adre Greipel i tak zimą siedzi na jakiejś Majorce więc jego to nie dotyczy. 
Co prawda raz dla zabawy wrzuciłem sobie maksymalny opór i mimo, że jakoś z pedała dawałem radę go przepchać, to szarpanie było tak fatalne jak w trenażerze za 100 zł z allegro, ale w sumie nie ma się czemu dziwić.
Wiem, że dla wielu z Was ważnym aspektem jest hałas. Cóż moge powiedzieć. Żaden sąsiad nie przyszedł z pretensjami i wyrzutami za to że zagłuszyłem mu oglądanie serialu czy innego teleturnieju.
Plusem jest fakt, że jeździłem na zwykłej opownie, conti gp4000. Nie zdarłem jej specjalnie. Właściwie prawie w ogóle.
I jeszcze jedno, jak już powiedziałem szaroburej jesieni pa pa, to pożyczyłem trenażer wschodzącej gwieździe polskiego kolarstwa czyli Adrianowi Kucharkowi. Adrian to nie lada profesjonalista, żeby nie powiedzieć spalacz, który trenuje z dokładnością szalonego matematka. Adrian powiedział tak: "Fajnie się sprawuje, dziś zrobiłem już konkretny trening na watach, bardzo fajne odczucia".


Werdykt

Istnieją dwa rodzaje trenażerów. Te które kupuje się po to, żeby były i te które kupuje się po to, żeby robić na nich konkretne treningi. Flow łapie się do tej drugiej grupy.
Dzięki bardzo użytecznemu komputerkowi możesz naprawdę dobrze się zabawić, możesz też zrobić wartościowy trening na wypadek jakbyś był spalaczem jak Adrian.
Płynność działania pozwoli Ci zapomnieć o tym, że na nim jedziesz.
Będziesz mógł po prostu wpaść w ten flow dzięki któremu pobijesz swoje rekordy czasu spędzonego na trenażerze. I o to chyba właśnie chodzi.