Strony

Hajlajtsy - Mistrzostwa Świata CX


Jakiś tydzień temu wydarzyło się tak, że jakichś kilkudziesięciu zawodników jeździło sobie po polu w walce od tęczową koszulkę.
Czyli dokładniej rzecz ujmując jechali Mistrzostwa Świata CX.
Nie od dziś wiadomo, że przełaje to nie lada widowisko. Kino ze zwrotami akcji jak w produkcji za grube miliony monet.
I to w dodatku jeszcze na żywo.
Live co prawda już było. Ale powstrzymajcie płacz. Nic straconego. Specjalnie dla Was teraz printskrinowa powtórka. A jeśli już oglądaliście, to nic nie szkodzi. Prześledzicie sobie raz jeszcze, na spokojnie, jak to wszystko się rozegrało.
Zapraszam na Hajlajtsy!



Mimo, że to najważniejsza impreza sezonu, nikt specjalnie się nie spala. Szczególnie Belgusy. Wyluzowani i zaspani jak na zbiórce przed niedzielną rundą. 


Nie to co Lars van der Haar. On nadrabia spalackie zaległości całej kadry Belgii i wszystkich innych luzaków razem wziętych. Tętno z dwójką z przodu, gwałtowne ruchy, 30 razy poprawiany kask i oksy. Białe szaleństwo.


Okej. Zaczynamy show!


Nafurany Lars ledwo przetrzymał odliczanie startera i wystrzelił jak z procy finiszując do pierwszego zakrętu. Żeby od niego finiszować do kolejnego. I tak dalej.
A Styby zdziera sobie gardło krzycząc raz po raz "vlevo!" bo ustawili go w 10 sektorze. Za karę, że zamiast się ścigać grzał tyłek w Calpe.


Musi szybko stamtąd uciekać bo kto tam jeździ ten ledwo potrafi to robić. I się dzieją takie awantury.


Na szczęście Zdenek ma dobrych kumpli. I tak Martin Bina w dobrej wierze wysypuje się przy stu na godzinę żeby przytrzymać trochę grupę i pomóc podgonić ziomkowi.


Przy okazji przewracając biednego Larsa.


..który niewiele sobie z tego zrobił i jak upadł tak wstał. I pojechał dalej. Tętno nie spadło nawet o jedno uderzenie w dół. Białe szaleństwo trwa w najlepsze.


Tymczasem zawodnicy z 10 sektora znowu dali po sobie poznać, że oblali egzamin na kartę rowerową.


Zawodnik ze Szwecji w ogóle pomylił kierunki. Albo mu się odechciało dalszej jazdy. Ogólnie wyłożył lachę na ten cały zlot kolarzy.


Szwed zawrócił do boksu żeby rzucić kolarstwo dla pracy w Ikei a tymczasem Norwego pokazał co to znaczy być bystrzachą i zamiast zbijać nogę odczekał chwilę i wjechał sobie od tak, bez wysiłku. Grattis Bjoern! (tłum. gratulacje Michał)


Chwila rozrywki z cudzego nieszczęścia odciągnęła uwagę wszystkich od tego co się naprawdę liczy. A zdarzyło się to, że Zdenek raz dwa dojechał sobie tam gdzie dojechać chciał. Nie ubrudził nawet skarpetki ani owijki. Stay Classy Styby.


W międzyczasie pół dnia przewagi nad grupą zrobił pewien zagubiony Francuz. Mimo, że to pierwsza runda był tak podjarany swoim wirtualnym tytułem mistrza świata, że ledwo bym w stanie ujarzmić swój rower.


Włochowi daleko było do takiej podniecającej pozycji ale podobnie jak Francuz nie był w stanie poskromić swojej maszyny.


Pół-dnia-przewagi odjazd zlikwidowany. Francuz nie wierzy własnym oczom.


Pierwszą rundę na pozycji lidera kończy nikt inny jak Zdenek Stybar. Zdenek który startował z 10 sektora. Jakby to była mazovia mtb maraton to wystarczyłoby teraz żeby dotrzepał się w grupie a już by wygrał z 10 minutami przewagi.


Ale to nie mazovia. To nadal Mistrzostwa Świata.


Bardzo trudny wyścig.


Nawet zmiana roweru którą wykonałeś już milion razy wydaje się jakaś trudniejsza. Szczególnie jak jesteś Larsem van der Haarem naładowanym gigantyczną ilością spalary.


- Zdenek, co Ty tu robisz? Myślałem, że lecisz na mini razem z całym swoim sektorem!
- spoko Sven, jedź jedź, nie jestem z Twojej kategorii.


Jak to zazwyczaj ze wszystkim bywa, kiedy pierwsze napięcie opadnie, zaczyna się robić trochę nudno. Belgusy to przewidziały i zebrały się do kupy żeby pogadać o tym i owym.
Na przykład zakładali się kto szybciej przejedzie dany zakręt


On swój zakład przegrał.


On prawie wygrał. Prawie.


W czołówce też zaczęło wiać nudą, więc chłopaki zaczęły bawić się rowerami.
Tutaj Lars zainspirowany Kenem Blockiem.


Rundy w środku wyścigu to już czysta naparzanka. Mortal Kombat czy inny Tekken. Nys VS Stybar.
Czyli cały czas dzieje się niby coś ekscytującego ale mimo wszystko takiego samego.
Lecimy prosto do ostatnich metrów.

Końcówka.


Przedostatnia runda. Styby się przewraca. Cała owijka uwalona w błocie. Cholera.
To oznacza jedno. Strzał adrenaliny i początek prawdziwego naparzania.


Sven sobie przeskakuje jak sarenka i wcale nie łapie za dół i z zarzyganą twarzą robi przewagę tylko ciapcia sobie i czeka na Zdenka. Wporzo gość jakby nie patrzeć.


Najpierw pokazał jaki to z niego super ziomek, zaraz potem zaatakował. I odjechał.
Mimo totalnej bomby i tętna ponad 200 przekalkulował sobie, że lepiej to będzie wyglądać, kiedy wygra po bożemu niż jakby to zrobił wykorzystując upadek rywala. Geniusz.


"dobra Sven, ogoliłeś to, tylko nie zrób teraz żadnego głupiego błędu"


"godverdomme!"
(tłum. sam zgadnij)

Jak rozegrał się wyścig.


Stybar - A skoczę dziadowi!


Stybar - Albo nie, zejdę sobie i poczekam na kolegę.


Nys - Ale żeś się zatrzepał Styby, aż mnie z roweru zsadziło.


Stybar - o kurcze, faktycznie się zatrzepałem, lepiej dam w gaz bo pewnie Sven się zdenerwował i jeszcze będę musiał się tłumaczyć.


Stybar - Nic tu po mnie. Jadę na metę, namieszałem jak młodzik.


I tak właśnie Zdenek Stybar wygrał Mistrzostwa Świata CX.