Strony

Syndrom niedzielnej rundy


Wszyscy mamy jakąś swoją ulubioną rundę. Tak jak i każde miasto ma swoją niedzielną ustawkę. Zbiórkę mastersów którzy co tydzień jadą na wszystkim dobrze znaną trasę.

Tydzień w tydzień, miesiąc w miesiąc, rok w rok. Piękna tradycja z pewną, ciemną stroną.

Spróbuj wejść na chwilę w skórę typowego mastersa. Takiego mastersa którego kolarskie życie kręci się wokół niedzielnej ustawki.

I pomyśl teraz, że na rundzie którą katujesz od dobrych kilkunastu, albo nawet i kilkudziesięciu lat nagle pojawia się, o zgrozo, objazd. Każą Ci jechać inną drogą. To trochę tak jakby zdjęli Ci z anteny serial który oglądasz od zawsze. Albo zamknęli bar do którego chodzisz od czasów liceum. Krótko mówiąc, koniec świata.

Wszyscy lubimy to co już znamy. Zawsze łatwiej jest pojechać tam gdzie wiemy co nas czeka. Zmiany oznaczają ryzyko. Lubimy stabilizację. Lubimy piosenki które znamy. Wszyscy lubimy się ograniczać.

Być może jak kiedyś znajdziesz się na miejscu tego mastersa wyrzuconego na pastwę nowych szos którymi musi objechać remont. Być może uświadomisz sobie wtedy jak nieograniczone są możliwości odkrywania coraz to nowych miejsc. I czerpania radości z jazdy na nowy sposób.
Wszystko może być zachwycające.
Nie trzeba od razu jechać do Norwegii na Dalsnibbę albo do Włoch żeby podjechać Stelvio.
Czasem wystarczy tylko brzozowa aleja, wąska uliczka przez miasteczko, czy nawet głupi kawałek szutru.
Taka to już magiczna właściwość nowych szos. Tylko musisz się zdobyć na odwagę, żeby je odkryć.

Przed wyjazdem do Calpe ktoś mi powiedział, że to co robię jest bez sensu, że okolica znudzi mi się po dwóch tygodniach. Minęły już ponad dwa miesiące. A ja już wiem, że nie starczy mi całej zimy żeby odkryć wszystkich zachwycających szos jakie ukrywają się za zakrętami w które nikomu nawet nie wpadnie na myśl żeby skręcić.