Strony

Hajlajtsy - Strade Bianche


Wszyscy to wiecie. W sobotę było Strade Bianche. W sobotę wygrał Kwiato. Wszyscy już na pewno obejrzeliście relację i wypiliście szampana na cześć Flowermana. To dobrze. 
Teraz opadły już emocje. Teraz zapraszam na printskrinową relację, klatka po klatce, żeby raz jeszcze, ze szczegółami, prześledzić ten przepiękny wyścig. Zapraszam na Hajlajtsy.


Kiedy zaczyna się transmisja, każdy chce się pokazać do kamery. Każdy wypruwa flaki żeby odjechać nawet jeśli jego atak jest skazany na porażkę. Realizator hipster dobrze zdawał sobie z tego sprawę i na przekór wszystkim podpalaczom na początek pokazał i przedstawił wszystkim dzisiejszą czerwoną latarnię. Proszę państwa, oto Nicola Boem. Najsłabszy dziś zawodnik. 


A może wcale nie był najsłabszy. Może tak odstawał bo ciągle zagapiał się na piękne widoczki.


Bo na Strade Bianche, mimo tumanów kurzu, jest na czym zawiesić oko.


Niektórzy nawet bez specjalnych skrupułów stawali sobie żeby popstrykać zdjęcia. 


W ogóle nie ma się czemu dziwić. Wystarczy się rozejrzeć. 


Ale nie na każdym robiło to wrażenie. Znalazło się kilku lokalsów którym te widoczki już dawno się opatrzyły więc wykorzystali swoją okazję i najzwyczajniej w świecie zrobili ucieczkę dnia.


I bezproblemowo robili przewagę bo peleton cały się porozwalał przez to gapiostwo.


Tytuł najbardziej obojętnego na piękne otoczenie zawodnika trafia do Angleo Paganiego który nie bacząc na nic jechał przed siebie jak opętany.


A w grupie coraz większe rozluźnienie i turystyka krajoznawcza.


Pagani za to coraz bardziej zaaferowany swoją akcją traci kontrolę nad swoimi poczynaniami.


Dobra, do rzeczy. 50 do mety. Kwiato już pilnuje Sagana.


Albo nie. Chwila przerwy. Kolarz Astany poprawia wysokość skarpetki, zawodnik Treka myje zęby.


Tymczasem Mario Cipollini, niedoszły aktor porno, producent rowerów i znany hustler, złapał się nowej fuchy - rozdawania bidonów.


Kolejny lokalny heros - Diego Rosa. Tak bardzo chciał wygrać, że jakieś 40 km do mety zaatakował na solo, ale zamiast wygrać wyścig, wygrał plebiscyt na najgłupszą akcję roku.


Skoczył. Raz dwa naszedł Paganiego. Nie czekając ani chwili wyprzedził go. Zaraz potem wyprostował zakręt i wylądował w rowie. Popsuł rower. Przeszedł go Pagani. Przeszła go grupa. Po prostu zaatakował po 5 minut straty. Brawa dla tego pana.


Do rzeczy. Czołowa grupa uszczuplała. Kwiato odpuścił sobie pilnowanie Sagana i wygodnie rozsiadł się na kole swoich kolegów.


Bo tak się złożyło, że w naprawdę już małej czołówce, znalazło się aż 5 zawodników OPQS.


Grupce gdzie jechali już prawie sami liderzy grup, najwięksi faworyci.


A Kwiato miał do pomocy aż 4 swoich ludzi. 


To trochę tak, jakby w grze komputerowej wpisał jakiś dobry kod i się 4 razy powielił.


Konkurencja miała przerąbane.


Sytuacja zrobiła się aż tak komfortowa, że aż nudna. Z troski o rozrywkę telewidzów Kwiato zagadał do Matteo Trentina. Razem uknuli sprytny plan.


Matteo skoczył i tak zaczął go realizować.


A naiwna, czy po prostu bezradna konkurencja musiała ruszyć w pogoń.


Matteo sobie leciał jakby to był kolejny trening w Calpe a rywale wypruwali flaki.


Kilku z pogoni, kilku ciągnących grupę. Dwie pieczenie na jednym ogniu.


A Matteo wyluzowany i zadowolony z dobrze wykonanego zadania wyciągnął sobie lizaka.
Tak na wypadek jakby miał dojechać na solo na metę, nie tak to miało być.


I nie było. Ucieczki zostały skasowane i dokładnie kiedy to się stało zaatakował z prędkością światła Piotrek Sagan.


Skoczył w swoim bezlitosnym stylu brutal force.


Myśląc, że już będzie pozamiatane.


ALE NIE!


- siema Piotrek, jedziemy razem?


- no chodź, jak za dawnych lat!


I tak pojechali.


A w grupie zapanowała zatęchła atmosfera marazmu i przegranej.


Bo odjechały dwa największe talenty nawzajem tak się napędzające, że od razu było wiadomo, że jest pozamiatane.


I kiedy Piotrek był już cały zasmarkany.


Kwiato prezentował się świeżo jak na przejażdżce do Morairy.


Żeby Piorkowi nie było smutno to zdjął rękawki, żeby mu pokazać, że trochę już zaczyna mu być ciepło i w ogóle nawet zaczyna się męczyć.


Jakieś pół dnia za nimi z grupy skoczył Valverde.


Nie miał radia więc nie wiedział, że straty ma tyle, że dwójka z przodu mogłaby nawet stanąć na kawę a i tak by ich nie naszedł.


Bo z połączenia Sagana i Kwiatka tworzy się taka energia jak po zderzeniu o siebie dwóch nokii 3310. Nie do opisania słowami.


- hej! było szybko co?! nagrałeś to?


- nie? to patrz na to!


- ej Kjato, jak Ty to robisz? Weź trochę szanuj sprzęt klubowy!


Koniec żartów.
KOŃCÓWKA!


Flamme Rouge.  Ultimo Chilometro. Ostatni kilometr.


Peter Sagan VS. Michał Kwiatkowski


Fight!


Obaj czekają aż załaduje im się pasek NITRO.


Do samego maksimum.


Michał - ej dobrze jedziemy? coś mało kibiców.


Piotrek - jedź za mną, ja już tu byłem. O tu w lewo i zaraz w prawo.


Michał - no faktycznie, ale lepiej jedź jeszcze chwilę pierwszy, czuję się nieswojo.


Piotrek zbity z tropu musiał zaatakować z pierwszej pozycji. 


Odpalając swoje nitro nieco wcześniej niż Kwiato.


Który tylko go przetrzymał i swoje nitro wcisnął chwilę później.


Kiedy Piotrek zalał nogi kwasem i wyczerpał całe paliwo.


Wtedy Kwiato dopiero ruszył.


Grzecznie się przy tym żegnając.


Dociągnął na swoim nitro aż do szczytu sztajfy.


Wystarczyło jeszcze trochę na wypłaszczeniu.


- hehe, ale sobie zaraz wygram!


- nie jedzie przypadkiem?


nie jechał. tak mu odbiły korby że aż się przestraszył, że Valverde odrobi te pół dnia.


- kurcze, za wcześnie to nitro, szkoda, że nie dało się zasejwować na kilometr do mety.


- ale jaja!


- wygrałem, wow, patrzcie, wygrałem!


i tak właśnie Kwiato wygrał Strade Bianche.


a Piotrek Sagan nie.


- no brawo brawo, bardzo to ładnie rozegrałeś, chodź, pogadamy sobie teraz.


- no już zostaw swoich kumpli, to Ty tu jesteś dzisiaj gwiazdą, chodź pogadać.


- powiedz nam proszę, grałeś dziś na kodach?


- że co?!


- stary, trenowałeś kiedyś ciężko przez całą zimę?


ano właśnie, właśnie :)

FINITO